Bliski Wschód 2004 - Relacja z wyprawy

Oto relacja z wyprawy "Bliski Wschód 2004". Wzorem poprzednich tak i ta będzie zawierała dużą ilość przydatnych, mam nadzieję, informacji. Jako uzupełnienie wrzucam na stronę scany monet i banknotów z trzech bliskowschodnich krajów : Syrii, Libanu i Jordanii - to na podstronie "Monety i banknoty".
Wybaczcie proszę ciasnotę mojej polszczyzny, wybaczcie też toporność opisu i często pojawiające się w tekście dosadne sformułowania. Po prostu jaka relacja, taka wyprawa i tacy my. Następnym razem będzie lepiej. Zapraszam do czytania i nadsyłania uwag - obiecuję, że odpowiem na każdy e-mail.

Spis treści :

1. W 75 godzin i za 15 USD do Stambułu
2. Autobusem ze Stambułu do Syrii
3. Aleppo albo jak kto woli Halab
4. San Simon - drugi dzień w Syrii
5. Latakia - syryjska riwiera
6. Krak des Chevaliers
7. Czy będą problemy na granicy libańskiej ?
8. Trypolis i Cedry z Bszarry
9. W Bejrucie ciepło i drogo
10. Jeden dzień w Damaszku


A jeśli będziecie mieli dodatkowe pytania to cezarkowski@interia.pl

Oznaczenie Galerii na końcu rozdziału !  Galeria na końcu rozdziału !

Drukuj Relację z wyprawy !  Relacja w wersji do druku !

11. Autostopem z Damaszku do Ammanu
12. Jedziemy nad Morze Martwe
13. Madaba, Mt. Nebo i Kerak czyli autostopem do Petry
14. Petra i Wadi Musa w piątek "trzynastego"
15. Wadi Rum - żelazny punkt programu
16. Jedziemy na rafy koralowe do Akaby
17. Palmira - oaza na pustyni
18. Hama i koła wodne
19. W 5 dni do domu - koniec wyprawy

1. W 75 godzin i za 15 USD do Stambułu


Z Katowic do Przemyśla pociągiem osobowym
Z Katowic do Przemyśla pociągiem osobowym
Mamy wtorek, 27 lipca 2004 roku. Wyprawa rozpoczyna się jak zawsze na paskudnym katowickim dworcu kolejowym. Na Bliski Wschód można również pojechać pociągiem osobowym. Kupujemy zatem bilety na taki właśnie do Przemyśla i o 9.42 odjeżdżamy do Tarnowa. Bilet kosztował 26,50 PLZ, a tutaj jest pierwszy scan tej relacji (click) 25 kB. Mijamy Kraków oraz Wisłę, potem Bochnia, a o 12.49 jesteśmy w Tarnowie. Tam ledwie kilka minut i wskakujemy w pociąg do Przemyśla. Osobowy oczywiście. Przez szybę podziwiamy krajobrazy wschodniej Polski. Spodziewamy się, że zielone lasy, pola i łąki z okolic Rzeszowa będziemy z utęsknieniem wspominać na wygrzanym słońcem Bliskim Wschodzie. Do tego deszcz, który drwił sobie z uszczelki w oknie wagonu 2 klasy. Trasa i pogoda taka sama, jak miesiąc wcześniej, gdy celem była Mołdawia (www.moldawia2004.republika.pl). Pasażerowie wsiadają i wysiadają, wracają z pracy albo z zakupów do domu. Dziwne, ale my jedziemy na Bliski Wschód pociągiem osobowym. Znany nam już most na Sanie, zakręt i stacja w Przemyślu. Godzina 15.57. Zimno i pada deszcz. Na stacji kolejowej wydajemy jeszcze trochę złotówek na kilka potrzebnych w drodze drobiazgów i przejściem podziemnym przechodzimy na dworzec PKS (to przejście podziemne zasłuży sobie jeszcze później na uwagę - to za miesiąc). Spod dworca PKS odjeżdżają minibusy do przejścia granicznego w Medyce (14 km, 15 minut jazdy). Za przejazd płaci się 2 PLZ. No to jesteśmy w Medyce. Wymieniamy złotówki na ukraińskie hrywny (UAH). Kantorów sporo, a kursy w nich nieco różne, więc warto się rozejrzeć. My wymieniliśmy po kursie 1 UAH za 0,75 PLZ. Teraz pora się przeprawiać na drugą stronę. Terminal odpraw pieszych (czynny codziennie 8.00 - 20.00) znamy dobrze. Polska odprawa raz dwa (click) 21 kB, potem idzie się 200 m ogrodzonym chodnikiem do ukraińskiej budki. Tam wypisujemy imigracyjną kartę zaznaczając, że jedziemy tranzytem do Rumunii. Do tego trzeba wskazać nazwę przejścia granicznego, którym ma się zamiar opuścić Ukrainę (w naszym przypadku Porówne między Czerniowcami a Suczawą w Rumunii), aby dostać obok zwykłego stempla wjazdowego jeszcze drugi z napisem "tranzyt". Wygląda to tak (click) 28 kB. Na koniec musimy jeszcze wymigać się od zakupu bezużytecznego ukraińskiego strachowania (ubezpieczenia), co oczywiście kończy się sprzeczką z upierdliwą babą w okienku, ale też naszym sukcesem. W sprawie tego ukraińskiego stempla tranzytowego i potencjalnych skutków jego braku odsyłam na stronę o wyjeździe do Mołdawii - tam też scan imigracyjnej karty.

Bułgarskim TIRem z Czerniowców w kierunku Suczawy
Bułgarskim TIRem z Czerniowców w kierunku Suczawy
Dobra - jesteśmy na Ukrainie ! Czas przestawiamy + 1 h. Tuż za przejściem jest postój minibusów nr 297 do Lwowa. Tutaj rozkład jazdy, czyli fotka tablicy na słupie (click) 36 kB. Akurat mamy szczęście i na odjazd czekamy nie dłużej jak 10 minut. Trzeba walczyć o wejście do środka (o miejscach siedzących nie mówiąc), bo podaż pasażerów przewyższa popyt po stronie kierowcy. Cena przejazdu 7,50 UAH - płaci się kierowcy do ręki. Do Lwowa jest 85 km oraz 1 h i 15 minut jazdy. Droga prowadzi przez wioski, przez lasy, a potem przez brukowane lwowskie ulice wprost pod dworzec kolejowy. Jest godzina 20.35. Ala zostaje z walizkami przed dworcem, a ja idę kupować bilety na pociąg nr 604 do Czerniowców na godzinę 21.40 (rozkład jazdy jest na www.poezda.net). W holu dworca ruch jak w ulu - wakacje. Wszyscy chcą kupić bilety na Krym. A biletów nie ma - przynajmniej w kasach, bo u koników wszystko można załatwić. W kolejce przepychanki, wrzaski i zdenerwowanie. W końcu dobrnąłem do okienka - na szczęście nie ma problemu z biletami do Czerniowców. Wiecie oczywiście, że bilety są imienne i trzeba do kasy stawić się z paszportami. A tak wygląda bilet, który kupiłem (click) 27 kB. Cena 17 UAH (kupe kosztował 22 UAH). Do odjazdu pociągu zostało pół godziny, co oznacza, że również pół godziny walczyłem o bilety. O 21.40 odjeżdżamy ze Lwowa. W pociągu pasażerów prawie zero, kibel o dziwo nie śmierdzi, samowar nie działa - bo go nie ma, a pościel kosztuje 7 UAH. W ogóle dla nas wagon plackarty to prawie dom - rok wcześniej przejechaliśmy tym cudem jakieś 20 000 km. Teraz do Czerniowców tylko 339 km, ale z uwagi na niezbyt dobry stan torów zająć to ma całą noc. Plecaki poszły do skrzyń po dolnymi łóżkami, a my spać. Obudziłem się, gdy do celu zostało 5 km - w sam raz żeby się spakować. Pociąg dojechał do Czerniowców punktualnie, czyli o 8.42 (środa, 28 lipca 2004). Pogoda taka sobie. Drugi raz w tym mieście w ciągu miesiąca - tym razem zwiedzania nie będzie. Kilka fotek na peronie i jesteśmy na przystanku trolejbusów, który mieści się przed dworcem. Po 2 minutach wsiadamy w trolejbus nr 3, którym za 0,40 UAH przejeżdżamy całe miasto wprost na wylot w kierunku granicy z Rumunią (25 minut jazdy). Bilet wygląda tak (click) 18 kB. Pętla końcowa tego trolejbusu mieści się dokładnie na wylocie z miasta. Przechodzimy jeszcze kilkaset metrów i zajmujemy odpowiednie do naszego celu pobocze. Do granicy 40 km. Chwila na metabolizm - z rolką papieru idę szukać kibla. Trafiam na posesję kobiety, która, niczym Violetta Villas, trzymała tam pewnie nie mniej jak 50 kotów i drugie tyle psów. Baba wskazała ręką kibel na drugim końcu podwórka zapewniając, że jej pupile nic mi nie zrobią. Gdy jednak niepewnym krokiem przecinałem podwórze, spiesząc do tego sracza, jeden z nich wyrwał się i skoczył w moją stronę - ledwie uciekłem do budki, a ów pies rozpłaszczył się na jej drzwiach. Gorąco było kurcze, a moje ubezpieczenie podróżne ruszało dopiero następnego dnia. Cudem ocalony wracam do siostry. Zaczynamy stopować. Ukraińscy kierowcy nie dali nam długo czekać. Po 10 minutach auto osobowe i 20 km do granicy z głowy, tam następne 10 minut i bułgarski TIR do granicy. No to jesteśmy przed szlabanem za którym widać Rumunię. Tyle, że musimy jeszcze opuścić Ukrainę, a piechotą nie puszczają. Napatoczył się mundurowy i zażądał dokumentów. Zabrał się najpierw za paszport siostry i wertując kartki natrafił na wizę chińską. Wytężył wzrok starając się odczytać te chińskie robaczki i po chwili uśmiechnął się : "Aaa, Polaki byliście w Siewiernej Korei, hmm ???". Nie wiem skąd mu do głowy ta Północna Korea przyszła skoro na wizie znajduje się ładny obrazek Wielkgo Muru. No ale ukraińskiego mundurowego lepiej z błędu nie wyprowadzać, szczególnie gdy ten obdarzył nas z tego powodu specjalnymi względami. Zatrzymał samochód, który podjechał pod wspomniany szlaban, i kazał babie za kółkiem ładować nas do środka. W środku zaś mały brzdąc w łóżeczku, 300 porcelanowych kubków na handel do Rumunii i wspomnienie po tapicerce. W okienku oddajemy imigracyjną kartę i dostajemy stempel wyjazdowy (click) 28 kB. Potem odprawa rumuńska i następna pieczątka do paszportu (click) 20 kB. No to witamy w Rumunii po 3 latach.

Jeden z malowanych klasztorów w Suczawie
Jeden z "malowanych" klasztorów w Suczawie
Kobieta dowozi nas do centrum miasteczka Siret (3 km od granicy). Pogoda już lepsza. Godzina po 10 rano. Wyłazimy na wylot i łapiemy cokolwiek, co jedzie i chce nas zabrać do Suczawy (40 km). 10 minut później. Siedzimy na tylnym siedzeniu Daewoo Tico rumuńskiego intelektualisty około sześćdziesiątki, lubiącego ostrą jazdę oraz muzykę poważną. Mijamy ładne niewysokie górki, pola i lasy. Ładna ta Bukowina. O mało co nie wpadliśmy pod polskiego TIRa jadącego z naprzeciwka. A to dlatego, że intelektualista wyprzedzał "na czwartego" traktując trasę Siret - Suczawa jako "OS" na którym każda sekunda cenna. Zbliża się Suczawa. Do miasta nam się nie spieszy, bo nie ma jeszcze południa, a nasz pociąg do Bukaresztu dopiero o 1 w nocy. Tak się zastanawiałem, co będziemy tam robić przez 12 godzin, gdy obok drogi dostrzegłem tablicę wskazującą zjazd do klasztoru Dragomirna. Mówią, że warto zobaczyć choć jeden z "malowanych klasztorów" rumuńskiej Bukowiny. Wysiadamy z maszyny i dziękujemy naszemu dobrodziejowi. Zawłaszcza za szczęśliwe dowiezienie. Ruszył z piskiem opon, a my na stopa do Dragomirny (10 km). Nic tam nie jeździ - kompletne zadupie. Po godzinie zatrzymała się Dacia (ten tradycyjny model o kołach montowanych na trzy śruby), a w środku zarośnięty pop o łapach jak Fadroma. Kiwa głową, że do Dragomirny dojedziemy. No to jedziemy. Ładny lasek, z daleka widać jeszcze ładniejszy klasztor. Wejście kosztuje 40 000 lei (1,2 USD), ale my nie mamy ani jednego. Siostrzyczka siedząca na kasie nie kuma w żadnym języku, w który ja kumam. Podchodzi jakaś kobieta i płaci za nas, chcę jej dać dolary albo hrywny, ale ona nie chce. Pięknie dziękujemy - a tu jest bilet (click) 18 kB. Klasztor bardzo ładny (zwłaszcza kaplica), ogród i cmentarzyk w malowniczym lasku też niczego sobie. Na pamiątkę pamiątkowa ulotka (click) 24 kB. Robimy sobie śniadanie na szambie położonego w pobliżu ośrodka wczasowego i postanawiamy ruszać do Suczawy. Chmury na niebie gęstnieją - ani chybi będzie lać. Szkopuł w tym, że naokoło same pola. Na chwilę przed pierwszą kroplą z nieba zatrzymuje się Dacia z rodzinką jadącą z klasztoru do Suczawy. W strugach deszczu dojeżdżamy do miasta pod Cerkiew Św. Jerzego. Zakładamy bazę w sklepie z dewocjonaliami i po przebraniu w przeciwdeszczowe łachy idziemy zwiedzać (wstęp wolny). W tym malowidła jeszcze ładniejsze. W ogóle te klasztory to coś niesamowitego, zwłaszcza kształt dachów i zapach palących się świec w środku. Leje już jak jasna cholera. Siedzimy w tym sklepiku z różańcami pierwszą godzinę, potem drugą. Leje i leje. Mija 18. Pora mimo wszystko iść szukać kantoru i stacji kolejowej. Idziemy zalanymi wodą ulicami Suczawy W kantorze płacą 33650 lei (ROL) za 1 USD oraz 40800 ROL za 1 Euro. Z lokalną kasą zaglądamy do McDonalds'a na Shake'a. Pierwszy raz wżyciu kupiliśmy skisłego - kosztował 41 000 ROL. Co za gówno - poszło do kosza. Teraz na stację kolejową. W Suczawie są dwie, a pociągi do Bukaresztu odjeżdżają z "Gara Nord", czyli "Suczawa Północna". To ponoć 5 km od centrum. Skoro mamy czas, to możemy się tam przespacerować. Po drodze odwiedzamy jeszcze jeden klasztor. Do interesującego nas dworca kolejowego należy iść drogą prowadzącą do granicy z Ukrainą w Sirecie. Stacja rzeczywiście jest dobre 5 km od centrum, a widać ją z wiaduktu ponad torami po którym przebiega droga do ukraińskiej granicy. W dodatku tuż za tym wiaduktem (może 500 m w kierunku Siretu) znajduje się zjazd do Dragomirny, gdzie kilka godzin wcześniej łapaliśmy stopa do klasztoru. Świat jest mały.

Tablica na wagonie pociągu Suczawa - Bukareszt
Tablica na wagonie pociągu Suczawa - Bukareszt
Na stację docieramy o 22. Już ciemno. Szybko ustalamy co nam trzeba. Pociąg pospieszny (akcelerat) do Bukaresztu odjeżdża o 1.11 w nocy (rozkład jazdy rumuńskich kolei wraz z cenami na www.cfr.ro). Bilet kosztuje 323 000 ROL razem z miejscówką, zniżek studenckich nie udzielają, a kupić go będzie można dopiero po północy (tzn. w dzień odjazdu). Mamy jeszcze trzy godziny do odjazdu, więc robimy sobie kolację na peronowej ławce. Towarzyszą nam, a jakże - przecież to Rumunia, psy. Jeden z ogryzionym ogonem, a drugi z paskudną ropiejącą raną na grzbiecie. Chodzi młody policjant i wali pałą po łbach lokalnych meneli, którzy próbują przysnąć na ławkach, do nas się uśmiecha. Podchodzi Rumun w niezbyt wyjściowym wdzianku i lekkoniepachnący. Zagaduje po angielsku. Polacy ? Skąd jesteście ? Ja, że z Katowic. On wtedy w łamanej polszczyźnie : "Kurwa, to chujowo - Bogatynia jest OK !". Szczęka mi opadła. Macie pojęcie : Rumunia, dworzec kolejowy w Suczawie, dochodzi północ, a tu koleś mi mówi po polsku, że Bogatynia jest ok (?!). Co do stwierdzenia odnośnie Katowic, to nie wypowiadam się. Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć. A do Bogatyni kiedyś pojadę. Akurat wybiła północ. W kasie poszło raz dwa. Bilet na kartoniku plus miejscówka na kartoniku kosztują, jak napisałem, 323 000 ROL, a wyglądają tak (click) 24 kB. Pociąg odjeżdża punktualnie. Miejsca rezerwowane i wygodne. Pora spać. No to Bukareszt, Gara de Nord - główny dworzec kolejowy, godzina 7.27 (czwartek, 29 lipca 2004). Czwarty raz tutaj przyjechałem - kawał historii. Z sentymentu zaglądam do sracza w podziemiu. Cena 6000 ROL; wygląd coraz bardziej sfatygowany, a śmierdzi jeszcze bardziej, jak trzy lata wcześniej, gdy byłem tutaj w drodze do Iranu. Gdy już załatwiliśmy co mieliśmy przyszła pora na Giurgiu. Tzn. na to, by dostać się jakoś do granicy z Bułgarią w Giurgiu nad Dunajem - tam na most, a po nim do bułgarskiego miasta Ruse po drugiej stronie rzeki. Ktoś na forum Travelbitu pisał, że minibusy do Giurgiu odjeżdżają spod stacji metra Eroilor (linia metra M1). Spróbujemy tej metody. Na Gara de Nord jest stacja metra, bilet w cenie 16 000 ROL (uprawnia do dwóch przejazdów). Tutaj bilet (click) 17 kB. Na planie rozpoznajemy sposób dojazdu i wsiadamy do pociągu (rzadko kursują, nie to co w Moskwie czy Budapeszcie). Stacja Eroilor. Wyjeżdżamy na górę, a tam ... dupa. Wielki plac, szalejące samochody i zero (słownie "zero") minibusów do Giurgiu. No to fajnie mi ktoś poradził :-( Łapię babę, potem ze dwóch facetów i gliniarza. Sklejając do kupy to co zeznali można było wysnuć przypuszczenie, że autobusy do Giurgiu odjeżdżają spod stacji o bardzo podobnej nazwie - Eroii Revoluţiei na linii M2. Dojazd tam zajął nam około 40 minut i sprawił sporo problemów, bo ta linia, nie wiadomo dlaczego, została tylko zaznaczona na planie metra, ale zapomniano rozrysować dokładnie układ stacji. Co za burdel. Wyjeżdżamy na górę. No i co ? Oczywiście, że musi być dobrze. Postój minibusów do Giurgiu tylko 50 metrów od wyjścia ze stacji. Autobus właśnie odjeżdżał. Z biegu włazimy, płacimy po 70 000 ROL za bilet (click) 16 kB i po chwili już jedziemy. Udało się, nie ostatni raz na tym wyjeździe. Do Giurgiu jest 65 km i dokładnie 1 h jazdy.

Kierowca Omar i jego TIR
Kierowca Omar i jego TIR, którym przejechaliśmy całą Bułgarię
Kierowca wysadza nas przed miastem, przy zjeździe w kierunku mostu granicznego (pytać się o "vama" czyli o "granicę"). Znowu leje deszcz. Chowamy się na stacji benzynowej rosyjskiego koncernu ŁukOil i czekamy. Gdy deszcz na chwilę odpuścił postanowiliśmy ruszać w kierunku mostu na Dunaju i granicy. Pada. Na terminalu rumuńskim facet w okienku nie chce nas puścić na most z buta (w 1998 i 2001 nie było problemów), więc ustawiamy się przed jego budką z zamiarem molestowania kierowców podjeżdżających samochodów o przewiezienie na drugą stronę do odprawy bułgarskiej. Już pierwszy z nich - wypielęgnowany fircyk w BWM - się zgodził, więc mundurowemu w okienku nie pozostało nic innego, jak nas odprawić. Stempli wyjazdowych Rumun do paszportów nam nie wbił, gdyż "Wy już jesteście w UE". Szkoda. Raz dwa przez most i odprawa bułgarska. Fircyk ustawił swoje BMW na końcu długiej kolejki, a my podziękowaliśmy mu i ruszyliśmy do okienka piechotą zaoszczędzając na pewno pół godziny. Bułgarski pogranicznik opierdolił nas za wpychanie się poza kolejką, więc poszliśmy do okienka na innym pasie odpraw. Tam na szczęście siedział facet o zdecydowanie lepszym humorze. Tutaj bułgarski stempel wjazdowy (click) 23 kB. No to Bułgaria. Plan przewidywał podjechanie autobusem do centrum Ruse (4 km) i złapanie ekspresu "Bosfor" jadącego z Bukaresztu do Stambułu, a odjeżdżającego z Ruse o 17.25 każdego dnia. Tym pociągiem chcieliśmy dojechać do ostatniego miasta w Bułgarii przy granicy z Turcją, czyli do Svilengradu (tu o 1.20 w nocy), a tam kombinować dalej tzn. albo przejechać w nim na turecką stronę i przy dobrych wiatrach od razu do Stambułu (to pewnie wymagałoby uzyskania przychylności panów konduktorów) albo wysiąść i granicę przekroczyć przez przejście samochodowe w Kapitan Andreevo (około 15 km od Ruse). Taki manewr z tym pociągiem pozwala zaoszczędzić masę kasy. No nie ważne. Plany i tak szybko wzięły w łeb. Jest godzina 13.30. Z bułgarskimi stemplami w paszporcie opuszczamy granicę. Do odjazdu pociągu mamy jeszcze 4 godziny, więc bez pośpiechu. Przez "prysznice" dezynfekcyjne przejeżdża właśnie konwój czterech tureckich TIRów. Postanawiam zagadać z kierowcą, bo wiemy, że niemal na 100 % jadą do przejścia w Kapitan Andreevo. Czasami człowiek ma szczęście. Turek wychylił się z kabiny, ja mu tłumaczę co i jak. Gdy się dowiedział, że jesteśmy z "Polonii", to od razu zgodził się nas zabrać. I to prosto do Kapitan Adreevo ! Znowu nam się udało. Plecaki do środka, ja na fotel dla pasażera, a siostra na łóżko za siedzeniami. Przed nami 280 km do tureckiej granicy. Jedziemy w konwoju czterech ciężarówek wiozących z Niemiec zaopatrzenie dla amerykańskiej armii w Iraku, po dziurawych bułgarskich drogach, z pięknymi widokami wiosek o domach z dachami zrobionymi z czerwonych dachówek. Omar, bo tak nazywał się nasz kierowca, ciągle częstował nas bananami i Fantą, ciągle też, będąc zatroskanym o nasz komfort, pytał się "normal ?", my mu na to, że "normal". Minęliśmy pięknie położone, na urwistych zboczach rzecznego kanionu, miasto Veliko Tarnovo, potem wjechaliśmy w góry (pasmo Sipčenskiej Planiny), gdzie TIR z trudem wspiął się krętą drogą na liczącą 1306 m n.p.m. przełęcz, by następnie zjechać na płaskie pola południowej Bułgarii. Dwa czy trzy raz kierowcy urządzili postój w przydrożnych zajazdach zapraszając nas na herbatę, a na koniec fundując tak obfity obiad, że po nim ledwo wlazłem po stopniach do kabiny TIRa. Godziny mijały, nadszedł wieczór, a my ciągle jechaliśmy w kierunku Stambułu. Około pierwszej w nocy dojechaliśmy na duży parking 4 kilometry od przejścia w Kapitan Adreevo. Omar zaoferował nam nocleg w kabinie swojej ciężarówki (były tam dwa łóżka za fotelami kierowcy i pasażera), a sam poszedł spać do kolegi. Ala od razu usnęła, a ja poszedłem bratać się z kierowcami. Atmosfera niezwykła. Chyba sto ciężarówek, lampki palące się w kabinach, turecka muzyka, zapach parzonej kawy mieszający się z oparami smarów i oleju rozlanego na asfalcie płyty parkingowej, przechadzające się pomiędzy samochodami bułgarskie kurwy i ciepła bałkańska noc. Kumple Omara poczęstowali mnie herbatą, więc ze szklanką w dłoniach mogłem obserwować światła w oknach pociągu "Bosfor", który minął już Ruse (tu jak napisałem o 1.20 w nocy) i przejeżdżając kilkaset metrów od parkingu dla TIRów zmierzał w kierunku tureckiej granicy. No to się nam udało - znowu. Całą Bułgarię przejechaliśmy o wiele ciekawiej niż pociągiem, nakarmiono nas i dano się przespać, a jedynym wydatkiem w tym kraju była butelka Coli kupionej na granicy w Ruse po paskarskiej cenie 2 USD. Tak zakończył się trzeci dzień naszej podróży.

Autostrada z Kapikule do Stambułu
Autostrada z Kapikule do Stambułu - widok z kabiny naszej ciężarówki
Rano budzi nas odgłos deszczu uderzającego w blaszane pudło szoferki. Taką pogodą wita nas piątek, 30 lipca 2004. Jest 7 rano. Po chwili przychodzi Omar i odjeżdżamy. Pada tak mocno, że ledwo widać czerwone światła TIRa jadącego 30 m przed nami. Do granicy w Kapitan Andreevo z parkingu tylko 4 km, więc przejazd zajął parę minut. Omar miał dobre serce i widząc na jaki deszcze musimy wychodzić podarował nam mały składany parasol. Dusza Turek. Ciężarówki pojechały na własną odprawę, a my piechotką, pod parasolem, w kierunku odprawy dla samochodów osobowych. Bułgarski stempel bez problemu (click) 24 kB, potem trzeba iść kilkaset metrów do odprawy tureckiej. Już z daleka widać meczet po tureckiej stronie - to pierwszy meczet i pierwsze minarety tej podróży. Leje jak jasna cholera. W specjalnym okienku kupujemy turecką naklejkę wizową za 10 USD. Miła niespodzianka - na wizie pisze, że jest ona ważna 1 miesiąc z prawem wielokrotnego przekraczania granicy. Zatem zaoszczędzimy 10 USD w drodze powrotnej, bo spodziewaliśmy się - wzorem lat poprzednich - że wiza będzie jednokrotna. Przez prawie godzinę wypytywaliśmy kierowców podjeżdżających do odprawy czy nas zabiorą do Stambułu. Nic z tego nie wyszło. Bo albo jechali tylko do Edirne (to pierwsze większe miasto po tureckiej stronie, 10 km za granicą) albo gdy już jechali do Stambułu, to byli wyładowani po sam dach. Tak więc w końcu odprawiliśmy się i poszliśmy przez granicę piechotą. Tutaj jest scan tureckiej naklejki wizowej i czerwonego stempla wjazdowego (click) 44 kB. Nie ma problemu z przejściem tej granicy na piechotę. Pogoda się poprawiła. Po drugiej stronie od razu dopadli nas taksówkarze, ale oczywiście podziękowaliśmy. Na poboczu stał TIR, a z baru w jego kierunku, z kebabem w ręku, biegł facet wyglądający na kierowcę. Zagadaliśmy i już po chwili jechaliśmy do Stambułu. Kierowca - Bułgar, niezbyt rozmowny. Z granicy do celu jest 250 km. Droga to monotonna autostrada nie oferująca żadnych widoków poza polami i wiaduktami co kilka kilometrów. Bułgar wysadził nas 40 km przed Stambułem. W zasadzie były to już zabudowane blokami przedmieścia tego gigantycznego miasta (12 mln mieszkańców jak pamiętam). Zrobił się upał. Złapanie następnego stopa zajęło 5 minut. Dostawczą furgonetką dojechaliśmy do samego miasta. Gdy z wiaduktu zobaczyłem pod sobą Otogar, to wiedziałem, że jestem na miejscu. Zatem proszę Państwa - Stambuł. Dojazd tu zajął nam 75 h i 15 USD.


Foto (foto1) (foto2) (foto3) (foto4) (foto5) (foto6) (foto7) (foto8) (foto9) (foto10) (foto11) (foto12)


2. Autobusem ze Stambułu do Syrii


Hagia Sofia i ja na ławce
Hagia Sofia i ja na ławce
Otogar to nic innego, jak wielki dworzec autobusowy. Ponoć największy w Europie. Da się w to uwierzyć. Tak się złożyło, że właśnie Otogaru trzeba nam wtedy było najbardziej, gdyż mieliśmy kupić tam bilety na autobus do Syrii. Zeszliśmy schodkami z wiaduktu, przeszliśmy przez ogromny podziemny parking i wydostaliśmy się na powierzchnię. Na Otogarze znajduje się 200 biur firm przewozowych. W poszukiwaniu właściwego połączenia i najlepszej ceny trzeba chodzić od jednego to drugiego. Trzeba gadać i targować się. Zresztą naganiacze sami Was znajdą. Mnie interesowało połączenie do Aleppo w Syrii (dobrze jest też znać arabską nazwę tego miasta - "Halab"). Znalazłem może z pięć firm oferujących przejazdy w tym kierunku. Autobusy z Otogaru odjeżdżają o różnych porach w zależności od firmy, ale wypada to średnio tak, że jest jeden koło godziny 12, potem następny o 14-16 i jeszcze jeden około 18. Autobusy bezpośrednie do Aleppo są droższe (najtańszy z nich po targowaniu to wydatek 35 USD), lepiej więc wykupić połączenie z przesiadką w Antace (Antakya, inna nazwa Hatay) przy syryjskiej granicy. Wybrałem ofertę firmy Öztur (biuro nr 59-60 na Otogarze) - cena biletu do Aleppo, na następny dzień na godzinę 15 i z przesiadką w tej Antace, to 27,5 USD po ostrym targowaniu. Tutaj bilet (click) 21 kB, a tu wizytówka biura z numerami telefonów (click) 30 kB. Na Otogarze wymieniliśmy też trochę kasy na liry tureckie - kurs 1 USD = 1,45 mln lirów (TL), 1 Euro = 1,85 mln TL. Pora jechać do centrum szukać hotelu. W podziemiach Otogaru jest stacja metra. Jednorazowy żeton kosztuje 1 mln TL. Jedziemy 15 minut do ostatniej stacji o nazwie Aksaray, tam przesiadamy się na tramwaj (znowu 1 mln TL), a nim dojeżdżamy w pobliże Uniwersytetu w dzielnicy Sultan Ahmet (2 lub 3 przystanki, 5 minut jazdy). Pełno tu tanich hoteli, ale my idziemy od razu do Hotelu Erciyes, w którym spałem trzy lata wcześniej w czasie wyprawy do Iranu (adres : Tiyatro Cadesi. Pehlivan Sok. No 3 Beyazit - Istanbul). Tutaj wizytówka (click) 26 kB razem z mapką na odwrocie (click) 28 kB. Wizytówki warto wydrukować i wziąć ze sobą w podróż. W Hotelu Erciyes, poza ceną, nic się nie zmieniło. Szef na recepcji ten sam, kurwy z Azerbejdżanu ciągle na miejscu, a jeśli chodzi o cenę, to teraz noc kosztuje tu 4,5 USD (wtedy 3 USD). Wzrost ceny nie przełożył się na wyższy standard, choć ten nie jest znowu taki zły. Wieczorem, gdy już odsapnęliśmy po hiperskoku z Polski, przyszła pora na spacer po centrum. Pierwsze wrażenie : Turcja strasznie zdrożała. Kurs walut taki sam (za 1 USD 3 lata temu też płacili 1,45 mln TL), a np. jednorazowy bilet na komunikację miejską zdrożał z 0,5 mln na 1 mln TL, chleb z 0,18 mln na 0,30 mln TL, kilogram brzoskwiń kosztuje 2-3 mln TL czyli 2 razy tyle co 3 lata wcześniej, 1 l mleka z 0,4 mln na 0,75 mln TL. Przykłady można by mnożyć. Największe podwyżki dotyczą biletów wstępu do zabytków : Cysterny z 2 mln na 10 mln TL, a Hagia Sofia z 3 mln na 15 mln TL i w dodatku nie ma już zniżek na karty ISIC czy Euro26. Zgroza. Szczęście, że chociaż za urok miasta nie trzeba płacić. Byliśmy w Meczecie Sultan Ahmet (wstęp darmo), gdzie klosze na lampy mają kształt kondonów i gdzie okrutnie śmierdzi skarpetami. Siedzieliśmy na ławce przy oczku wodnym z widokiem na oba meczety. Zrobiliśmy sobie spacerek nad Bosforem. Odwiedziliśmy Grand Bazaar. Wysłaliśmy e-maile do domu (godzina Internetu za 1,5 mln TL) i zjedliśmy całkiem dobre kebaby (1,2 mln TL). Taki miły wieczór w Stambule. No i sobota - 31 lipca 2004. Nasz autobus odjeżdżał dopiero o 15, więc przedpołudnie mogliśmy spędzić na spacerze i zakupach żarcia na drogę. Byliśmy jeszcze raz na Grand Bazaarze i na mniej wystawnych stoiskach, których pełno w okolicznych uliczkach - w poszukiwaniu butów dla siostry. Wszędzie brano nas za Ruskich - od "zdrastwujtie" z tureckim akcentem i namolnych sprzedawców szybko rozbolały nas głowy. Po powrocie z zakupami do hotelu raz dwa wzięliśmy ręczniki i niemalże biegiem pognaliśmy nad brzeg morza, aby się wykąpać. Wybraliśmy miejsce w pobliżu wyrzuconego na brzeg statku, o którym pisałem w relacji z wyjazdu do Iranu - po trzech latach ciągle leży na burcie, tylko czerwona farba, którą go pomalowano już mocno spłowiała, a i rdzy sporo. Długo Morzem Marmara się nie cieszyliśmy, gdyż trzeba było napierdzielać na autobus do Syrii. Nie ma na co czekać.

Tym autobusem przejechaliśmy ze Stambułu do Antaki
Tym autobusem przejechaliśmy ze Stambułu do Antaki
Z Hotelu Erciyes przeszliśmy piechotą na stację metra Aksaray i za okrągły milionik TLów zafundowaliśmy sobie 15 minut klimatyzowanej jazdy na Otogar. Do odjazdu autobusu został kwadrans. Facet w biurze firmy przewozowej od razu mnie rozpoznał i zaprowadził do autobusu. Plecaki poszły do bagażnika, my do środka i o dziwo punkt 15.00 ruszyliśmy do Syrii. Przejazd 1200 km do Antaki zajmuje 18 h, potem jeszcze jakieś 110-120 km i 3 h łącznie z odprawą graniczną do Aleppo. Z czystym sumieniem mogę polecić autobusy firmy Öztur. Są komfortowe i klimatyzowane, ale to mało ważne - w Turcji wszystkie takie są. Najlepszy był boy - czyli steward - dosłownie co kwadrans biegał roznosząc kubeczki z lodowatą wodą do picia, nosił herbatę (click) 11 kB, kawę i Colę, cukierki (click) 18 kB oraz rozdawał małe keksowate ciasteczka (click) 27 kB. Jak już ktoś miał dosyć żarcia i picia, to zawsze mógł wyciągnąć ręce w kierunku boya, aby ten polał po nich wodą kolońską. Podpatrując współpasażerów nadgorliwie wcierałem tę wodę we włosy i mordę. Widocznie tak trzeba. Miło się jechało. No może poza tym, że trochę przesadzili z budzeniem ludzi o 4.30 w nocy na kolejną turę herbaciano-kawowo-ciasteczkowego bankietu z turecką muzyką w głośnikach (click) 12 kB. Nie bardzo kumałem co się wtedy działo - pamiętajcie 4.30 w nocy ! Jeśli zaś idzie o widoki. To najpierw ślimaki na autostradzie, którymi autobus starał się wydostać z Otogaru na trasę w kierunku Ankary, potem widok na Stambuł z mostu przewieszonego nad Bosforem i wreszcie autostrada do stolicy. Droga prowadzi wzdłuż Morza Marmara, w Izmicie nie ma już śladów trzęsienia ziemi sprzed 4 lat i kolonii białych baraków, które widziałem jadąc tą drogą w 2001 roku do Iranu. W miarę zbliżania się do stolicy krajobraz monotonnieje. Do Ankary autobus dotarł po 7 h, około 22.00. Tamtejszy dworzec autobusowy jest godny stambulskiego Otogaru. Gdy wyszedłem z klimatyzowanego pudła od razu poczułem przedsmak bliskowschodnich upałów. W tej cholernej Ankarze było ze 35 stopni, o wiele gorzej niż, w miłym pod tym względem, Stambule. Szybko wróciłem na swoje miejsce. Poza tym Ankary za wiele zobaczyć nie można, bo terminal autobusowy mieści się daleko na przedmieściach. Sporą atrakcją w czasie jazdy są, urządzane co jakieś 3 h, postoje w przydrożnych zajazdach. Procedura zawsze taka sama : cała obsada busa leci od razu do kibla (cena zawsze 0,5 mln TL), a potem do czynnych non-stop sklepów i restauracji, podczas gdy do autobusu doskakuje facet w kaloszach, ze szlauchem w ręku i zaczyna myć go szczotką na długim kiju. Dobra. Potem przyszło spanie i ta nieszczęsna herbatka o 4.30 w nocy. Obudziłem się w sam raz - tuż przed 9 rano - akurat autobus wjeżdżał do Antaki. Dworzec autobusowy w tym mieście jest mały, ale strasznie ruchliwy. Atmosfera miejsca tranzytowego - czuć, że granica z Syrią blisko. My po odebraniu walizek z bagażnika stawiliśmy się w biurze naszej firmy przewozowej i przedstawiliśmy kupione w Stambule bilety z dopiętym do nich kuponem informującym, że opłaciliśmy przejazd aż do Aleppo (click) 29 kB. Wtedy facet, nie wiadomo dlaczego, pokazał nam na dużej ściennej mapie Turcji, gdzie jesteśmy (tak jakbym przyjechał tu przypadkiem ?!) i zaprowadził do sąsiedniego biura innej firmy, której autobus miał za pół godziny odjeżdżać do Aleppo. Od razu uspokajam - bilety ze Stambułu uhonorowano i za przejazd dalej nie musieliśmy dopłacać. Czasu do odjazdu mieliśmy akurat na tyle, żeby zdążyć wymienić kasę na funty syryjskie u cinkciarzy. Dobry kurs to 1 USD = 51 funtów syryjskich (SP), a 1 Euro = 61 SP. Nie warto im wierzyć, gdy będą wciskać kit, że w Syrii nie da się wymienić kasy "na ulicy" i że jeśli nie zrobimy tego u nich, to będziemy skazani na dużo gorszy (44 - 45 SP za 1 USD) oficjalny kurs w syryjskich bankach. W Syrii nie ma kłopotów z wymianą kasy u cinkciarzy, w sklepach, czy firmach turystycznych po "normalnym" kursie, choć faktycznie jest to zakazane. Aha, a tutaj scany syryjskich monet i banknotów (click).

Mój paszport, syryjska wiza i stempel wjazdowy
Mój paszport, syryjska wiza i stempel chwilę po przekroczeniu granicy
Z Antaki do granicy jest 45 minut jazdy. Już z daleka widać druty kolczaste i wieżyczki obserwacyjne rozstawione na grzbiecie niewysokich kamienistych pagórków. Znaczy się, że po drugiej stronie Syria. Czujemy podekscytowanie, bo tak naprawdę, to właśnie rozpoczyna się nasza wyprawa. Przejście graniczne od strony tureckiej nazywa się Cilvegözü. Na terminalu tureckim trzeba wyjść z autobusu (bagaże zostają) i udać się do pawilonu odpraw, w którym panuje cholerny ścisk krzyczących ludzi. Na szczęście kierowca autobusu zaopiekował się nami i kazał oddać paszporty. Po 10 minutach wrócił z wbitymi czarnymi stemplami wyjazdowymi (click) 44 kB. Tak więc turecką odprawę spędziliśmy siedząc na krawężniku i tłumacząc jednemu z naszych współpasażerów, że nie jesteśmy ani Ruskimi, ani małżeństwem. Potem przejazd kilkuset metrów i terminal syryjski. Przejście nazywa się Bab Al Hawa czyli Brama Wiatru - o tym potem. Z daleka wita nas duża morda former prezydenta Hafeza al-Assada, który wykorkował w 2000 roku i obecnego prezydenta (jego syna) Baszara al-Assada. Znowu trzeba opuszczać autobus i iść do budynku odpraw. W środku jeszcze kilka posterów z prezydentami Syrii i towarzystwo Arabów dokonujących odprawy granicznej własnych osób. Widok osobliwy. Wygląda to tak. Zgraja facetów przepycha się do kamiennego kontuaru podwyższonego półmetrowej wysokości szybą. Między szybą a tym kontuarem szpara przez którą klienci wypychają paszporty do odprawy. Mundurowi siedzą po drugiej stronie i wszystkich mają w dupie. Teraz najciekawsze. Co jakiś czas mundurowy (po wklepaniu danych do komputera i wbiciu stempla) wykrzykuje czyjeś imię, a po chwili rzuca w górę (trajektoria balistyczna) paszport, który przelatuje nad szybą i ląduje w kłębiącym się tłumie Arabów. Wtedy z tej bandy wyskakuje, jak pies za rzuconą kiełbaską, jeden z nich i chwyta w locie swój paszport. Szczęśliwcowi pozostaje już tylko wycofać się ze zbiegowiska i oddać miejsce następnemu. Tłum momentalnie zapełnia powstałą lukę i ciągle napiera na okienko. Akcja rozpoczyna się od nowa. Siedzimy i patrzymy na to zjawiskowe wydarzenie. Wśród tych Arabów wypatrzyliśmy faceta, który wyglądał dosłownie jak Saddam Husajn w momencie złapania przez Amerykanów. Z wielkim trudem siostra tak się ustawiała, żebym mógł jej zrobić zdjęcie z nim w tle. On od razu wykapował o co chodzi i zaczął zachowywać się nerwowo. Dowód to niezbity na to, iż był to prawdziwy Saddam. Tutaj fotka - sami oceńcie (click) 49 kB. Dobra - koniec głupot i wracamy do odprawy granicznej. Na szczęście dla nas jest specjalne okienko - z napisem "Foreign travelers". Tam nikt nie rzuca paszportami, a i kolejki też nie ma. Jest raczej kulturalnie. Trzeba wypełnić po angielsku pomarańczową kartę wjazdową (click) 85 kB i razem z paszportem oddać ją kolesiowi w mundurze. On patrzy co za ptaszydło w koronie rozłożyło się na okładce i wita słowami "Welcome to Syria". Wiza jest OK. Tutaj na chwilę zatrzymam się przy wizie. Obywatel Polski wizę do Syrii może załatwić tylko w ambasadzie w Warszawie ul. Narbutta 19A (tel. (022) 849 14 56, (022) 848 91 78, (022) 848 48 09; fax (022) 849 18 47) : 1 fotka, 1 formularz, 3 dni czekania i opłata - 20 USD za wizę tranzytową dwukrotnego wjazdu na 48 h i ważną 3 miesiące od wystawienia; 28 USD za wizę pobytową jednokrotnego wjazdu na 15 dni ważną 3 miesiące; 47 USD za wielokrotną ważną 3 miesiące; 75 USD za wielokrotną ważną 6 miesięcy ; ambasada pracuje od poniedziałku do piątku 9.00 - 12.00. Moja syryjska wiza wielokrotnego wjazdu ważna 3 miesiące wygląda tak (click) 49 kB. Wracamy jeszcze raz do odprawy granicznej. Jeden stempel do paszportu, drugi na tą pomarańczową kartę, którą facet oddaje, bo trzeba ją będzie zdać koniecznie przy wyjeździe z Syrii. Tutaj syryjski stempel wjazdowy w moim paszporcie (click) 20 kB. Nie wiadomo dlaczego, ale wpisuje nam też długopisem do paszportu na pierwszej stronie jakiś numer identyfikacyjny (click) 29 kB. Wracamy do autobusu. Gdy już wszyscy pasażerowi zajęli swoje miejsca autobus podjechał do szlabanu, a do środka wszedł żołnierz i sprawdził, czy wszyscy mają stemple w paszportach. A że wszyscy mieli to : wjechaliśmy do Syrii ! Niecała godzina jazdy i przedmieścia Aleppo. Tak więc dojechaliśmy do Syrii, co zajęło nam zaledwie 123 h i 42 USD na przejazd. Rozpoczyna się wyprawa "Bliski Wschód 2004".


Foto (foto13) (foto14) (foto15) (foto16) (foto17) (foto18) (foto19) (foto20) (foto21) (foto22) (foto23) (foto24)


3. Aleppo albo jak kto woli Halab


Wieża Zegarowa w Aleppo
Wieża Zegarowa w Aleppo
Z autobusu wysadzili nas na jakimś miejskim skwerze. Niedziela, 1 sierpnia 2004, dochodzi południe. Gorąco jak jasna cholera. Po wyjęciu plecaków z bagażnika przeszliśmy 30 m na trawnik i zwaliliśmy się pod palmę. Gorąco jak jasna cholera. Siedzimy. Woda w butelce się kończy. Trzeba wyjąć przewodnik i pomyśleć co robić dalej (click) 19 kB. Gdy tak sobie bezradnie odpoczywaliśmy pod tą palmą podszedł facet i powiedział, że "wita podróżników z Polski i że ma w pobliżu niedrogi hotel, a sam jest u nas znany pod ksywą Krokodyl" (?!). Dobre, faktycznie facet przewijał się w wątkach na forum internetowym, a do jego budy mieliśmy i tak iść. Lokal Krokodyla nazywa się Spring Flower Hostel (po arabsku Zahert al-Rabih) i znajduje się w samym centrum miasta - w pobliżu Muzeum Narodowego i Wieży Zegarowej. Tutaj wizytówka hotelu (click) 25 kB. W środku ładnie i stylowo. Można wziąć miejsce w klimatyzowanym pokoju czteroosobowym za 250 SP lub w dormicie na dachu za 150 SP. Wybieramy dach. Dach jest zadaszony (bez tego syryjskie słońce prześwietliłoby nas na wylot), są tam miękkie materace, kilka stolików i krzeseł, telewizor i szafa pełna map i przewodników turystycznych. Wybieramy miejsce pod oknem i rozkładamy walizki. Na materacu obok śpi włochaty Japończyk - nazwiemy go sobie Hirohito. O nim potem. Krokodyl chciał być miły i przełączył telewizor na TV Polonia - a tam akurat Uszaty w stopniu Prymasa czyni mszę z okazji 60 rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Krokodyl stwierdza, że facet musi być u nas "very important person". Akurat zbierają ofiarę. A co do szafy pełnej przewodników, to pytam dla żartu, czy mają tam coś o Izraelu - Krokodyl uciekł. Na dachu jest termometr - 38 na plusie w cieniu. Trzeba nam prysznica. Po odpoczynku zbieramy się do spaceru po mieście. Jest coś około godziny 16.30 - gorąco jak jasna cholera. Pierwszą atrakcją na naszej drodze jest skrzyżowanie na którym stoi Wieża Zegarowa, a pod nią najlepsze knajpki w tym mieście. Pierwszą rzeczą, jaką kupiłem w Syrii była butelka Coli (250 ml). Sprzedawca narżnął mnie na kasie, bo kazał sobie zapłacić 15 SP - potem się okazało, że normalną ceną jest 5 SP. Więcej zrobić się już nie dałem. No ale w ten sposób przynajmniej rozmieniłem banknot tysiąc "lirowy", bo Syryjczycy nazywają swoje "funty" właśnie "lirami". Potem kasa poszła szybko : kebaby za 25 SP, duże włoskie lody za 10 SP, wielkie szklanice soku z cytryny za 10 SP i masa innych dobry, a tanich rzeczy.

Cola i Sprite sprzedawane na ulicy w Aleppo
Cola i Sprite sprzedawane na ulicy w Aleppo
Zwiedzamy sobie wszystko o czym wspomina Pascal - ale tego dnia tylko dzielnicę chrześcijańską (Al-Dżadida) i to co tam jest - stare miasto, Cytadelę i bazary zostawiając na następny dzień. To miasto ma niesamowity klimat. Tylko kilkadziesiąt kilometrów od tureckiej Antaki zaczyna się prawdzie arabski świat : turbany, czadory, muza arabska, meczety, muezzini i "Allah akbar" z głośników na minaretach. Najbardziej arabskie z syryjskich miast - do takiego wniosku doszedłem, gdy już z Syrii wyjeżdżałem 3 tygodnie później. Zagaduje do nas facet. Kropla w krople jak ten Pingwin z Batmana. Na imię miał Aleksander. Dobrze mówił po polsku, bo pracował 20 lat wcześniej przez rok w hotelu "Novotel" w Sosnowcu. Gdy się dowiedział, że mieszkamy tylko kilka kilometrów dalej, to zaprosił nas na następny dzień "na browara". Trudno odmówić. Wracamy odpocząć do hotelu. Hirohito z materaca obok gra na gitarze i kopci strasznie śmierdzącego skręta. Postanawiamy uciekać na miasto. Teraz naszym celem jest dworzec kolejowy, który mieści się na północ od parku miejskiego (ze 2 km od centrum). Budynek wygląda jak pałac, w środku wszystko się błyszczy, marmur, palmy, fontanna i wielki portret starego Assada. Chcieliśmy sprawdzić odjazdy do Damaszku, ale okazało się, że są tylko 2 na dzień i to o niezbyt nam odpowiadających porach (coś o 7 z groszami rano i o 15). Chciałem w tej relacji zamieścić dokładny rozkład jazdy z Aleppo, ale niestety zgubiłem kartkę na którą to wszystko spisałem :-( Z ciekawostek tylko to, że raz na tydzień jeździ stąd pociąg do Stambułu i tak samo często drugi do Teheranu. Tak więc kolei nie będzie. Dzień kończymy w parku miejskim pod, oświetlonym kolorowymi lampami, pomnikiem młodego Assada. Pod monumentem dwóch chłopaczków rozstawiło skrzynki z butelkami Coli, którą sprzedawali na szklanki do każdej wrzucając kawałki lodu odłamywane z wielkiego bloku. Postawiłem siostrze pierwszą kolejkę (pamiętajcie, że dobra cena to 5 SP za butelkę). Siedzimy na krawężniku i pijemy. Chłopakom interes dobrze się kręcił, bo park wieczorem pełen ludzi, a do sklepów daleko. Idę po drugą kolejkę. W tej chwili gwizdki i zza moich pleców nagle wpada może z pięciu policjantów. Mundurowi kopniakami wywrócili stoisko, a pałami walili po łbach z całą siłą sprzedawców. Rozsypał się na asfalcie blok lodu i rozbite szkło szklanek wytrącanych brutalnie z rąk klientów. W ferworze zamieszania jeden z gliniarzy zamachnął się i na mnie, ale w tym momencie zobaczył moją białą mordę. Zreflektował się. Tak się skończył pierwszy dzień na Bliskim Wschodzie.


Foto (foto25) (foto26) (foto27) (foto28) (foto29) (foto30) (foto31) (foto32) (foto33) (foto34) (foto35) (foto36)


4. San Simon - drugi dzień w Syrii


Bęzzębny z minibusu do Daret' Azze
Bęzzębny z minibusu, którym jechaliśmy do Daret' Azze
Ale tak naprawdę nasz pierwszy cały dzień na Bliskim Wschodzie to poniedziałek 2 sierpnia 2004. Na rano zaplanowano wycieczkę fakultatywną do ruin Bazyliki Św. Szymona Słupnika. To tylko 30 km pod Aleppo. Budę Krokodyla opuszczamy o 10 rano i drałujemy na dworzec minibusów. Chcemy znaleźć coś co jedzie do wsi Daret' Azze lub w pobliże położonych 3-4 km dalej ruin Bazyliki (na dworcu pytać się o "Qala'at Samaan" lub po prostu o "San Simon" - zrozumieją). Pomocni Syryjczycy od razu wskazali nam właściwą maszynę. Japońska furgonetka - taka sama jak marszrutki w Irkucku. Dojechać da się jedynie do Daret' Azze, dalej trzeba szukać stopa. Jedziemy. Aleppo opuszczamy przez wielkie rondo z wielkim wizerunkiem Assada. Bezzębny koleś chciał mi werbalnie zbałamucić siostrę - musiałem szczeknąć na niego. Teraz wlepia gały w szybę. Do Daret' Azze jest może 30 km i 45 minut jazdy. Płacimy kierowcy jedynie 25 SP za nas dwoje (akurat w Syrii "największą "monetą jest właśnie 25 SP) i wysiadamy na rozjeździe przy którym stoi meczet z wysokim minaretem. Z odjeżdżającego minibusa Bezzębny coś krzyczy i macha do kierowcy przejeżdżającej ciężarówki. No i złapał nam w ten sposób stopa do Św. Szymona. Tak sobie teraz myślę, że Bezzębny nie był taki zły, ale mógłby poczynić nakłady na nowe koronki. Ciężarówką przejeżdżamy może 3 km wyjaśniając kierowcy różnicę między "Poland" a "Holland". Teraz już tylko kilometr do celu. Wokoło kamieniste pustkowie, trochę małych drzewek i upał. Spoceni docieramy do celu. Mały parking i kasa. Bilety wstępu kosztują 150 SP, ale w Syrii opłaca się mieć kartę ISIC lub Euro26 - wtedy cena to tylko 10 SP. Tutaj scan takiego ulgowego biletu (click) 20 kB.

Siostra Alicja i Bazylika Św. Szymona Słupnika
Siostra Alicja i Bazylika Św. Szymona Słupnika
No to startujemy. Pascal informuje, że "Szymon był prostym pasterzem, który po doznanym we śnie objawieniu postanowił wstąpić do klasztoru, a ponieważ panujące w nim warunki wydały mu się niewystarczająco surowe, postanowił zamieszkać wśród wzgórz. W 423 roku przeniósł się na szczyt trzymetrowego słupa i w ten sposób spędził dalsze 36 lat. Jedyną odmianą w jego życiu była zmiana kolejnych słupów na coraz wyższe - ostatni liczył 15 metrów. Inni mnisi dostarczali mu żarcie, a koleś dwa razy w tygodniu odprawiał ze słupa mszę i udzielał rad pielgrzymom nadciągającym tu aż z Europy". A teraz najlepszy wyjątek z przewodnika : "odmawiał przy tym jakichkolwiek kontaktów z kobietami i w pobliże swego słupa nie dopuszczał nawet rodzonej matki". Po jego śmierci w 459 roku wzniesiono wokoło jego słupa ogromny kościół, w środku którego, pod równie ogromną kopułą, stała kolumna. W 490 roku, kiedy ukończono budowę sanktuarium, był to największy kościół na świecie. Po odczytaniu w pomieszczeniu kasy biletowej tych wyjątków z przewodnika byliśmy gotowi na zwiedzanie. Dziś nie ma już śladu po słupie (poza jego podstawą) - są za to bardzo malownicze i zachowane w zaskakująco dobrym stanie fotogeniczne ruiny. Atmosfera ciszy i spokoju. Tylko wiatr wyje w załomach wiekowych murów. Zaglądamy w każdy zakamarek i robimy fotki. Na koniec chwila na wspaniałą panoramę doliny (widok z tarasu Bazyliki) i pora się zbierać. Pół godziny na wszystko wystarczy. Pełni pozytywnych wrażeń wracamy do Aleppo. Spróbujemy dojechać tam stopem.


Cola i Sprite w Daret' Azze
Daret' Azze - chwila na Colę i Sprite'a za 5 SP
Dochodzimy do miejsca, gdzie wysiedliśmy z ciężarówki. Biały autostopujący człowiek może tu liczyć na wyjątkową przychylność kierowców. Pierwsze samochód był nasz. Na pace białego pickupa marki Toyota dojeżdżamy do Daret' Azze. Od razu zatrzymuje się kolejne auto. Kierowca mówi, że jedzie do Aleppo (oczywiście lepiej posługiwać się nazwą arabską "Halab", bo nie wszyscy wiedzą, że "Aleppo" znaczy to samo). Siedzimy sobie w szoferce ciężarówki, auto jedzie, kierowca milczy. Coś nam ta droga śmierdzi, bo tędy na pewno nie przyjechaliśmy. Przewiózł nas z 10 km do dużej wsi o nieustalonej nazwie i kazał wysiadać. Miejsce to było podobne prawie do niczego, a już na pewno nie do Aleppo. A najlepsze było to, że facet zażądał kasy ! Skończyło się na strasznej burdzie. Chciał to wykorzystać właściciel samochodu osobowego, który wepchał się w tłum kotłujących się wokoło nas Arabów i zaoferował podwiezienie do tego Halab za jedyne 20 USD ! Dobre, nawet nie miałem sił się śmiać. Olaliśmy ich wszystkich i ruszyliśmy drogą w kierunku Daret' Azze. W sumie to nic się nie stało - zawsze to okazja zobaczenia choć kawałka syryjskiej prowincji. Zawsze jakaś przygoda. Długo nie butowaliśmy. Zatrzymała się ciężarówka, kierowca pokazał żeby włazić na górę i ruszyliśmy tam, gdzie chcieliśmy. No i znowu jesteśmy w Daret' Azze, za darmo tym razem. Trzeba sobie zrobić pauzę. Siedząc na progu sklepu patrzymy jak topnieje lód w butelce Sprite'a (250 ml za 5 SP), którą chwilę wcześniej, zamarzniętą na kość, sprzedawca w wieku lat 8 wyjął z zamrażarki, a która teraz stała w słońcu na rozgrzanym asfalcie ulicy. Siedzimy sobie na tym progu, w cieniu ściany sklepu, cicho pracuje agregat klimatyzatora, upał nie do wytrzymania. Dla przypomnienia jesteśmy w Daret' Azze - syryjskie zadupie, godzina 13.30.

Cytadela w Aleppo
Cytadela w Aleppo
Po dwóch chyba Sprite'ach ruszyliśmy dalej. Na wylocie z wiochy zatrzymujemy marszrutkę. Kierowca na dźwięk słowa "Halab" kiwa wertykalnie łbem. Wsiadamy. Płacimy mu 25 SP za nas dwoje i patrzymy czy rzeczywiście jedzie do Aleppo. Na znanym nam już rondzie wjeżdżających do miasta wita wielka gęba Assada. Zatem rzeczywiście udało nam się wrócić do tego miasta. I znowu jesteśmy na dworcu minibusów. Blisko stąd do wejścia do starego miasta i labiryntu krętych uliczek bazaru. Trzeba było zwiedzić. Symfonia zapachów i kolorów, masa sklepików, restauracji (akurat to słowa tu średnio pasuje) oraz natrętni sprzedawcy. To w Aleppo trzeba koniecznie zobaczyć. Idąc głównym ciągiem przez bazar, lekko po górę, wychodzi się wprost na Cytadelę. Bilet normalny kosztuje 150 SP, ulgowy na ISIC/Euro26 tylko 10 SP (click) 20 kB. Szczerze powiedziawszy to poza okazałą salą tronową i niesamowitym widokiem z murów na dachy miasta Cytadela nie oferuje nic więcej. Ale to i tak wystarczy, żeby warto było tu zajrzeć. Kolejnym punktem programu miał być Wielki Meczet (Dżami' al-Kabir), ale niestety, z uwagi na remont, zamknięty. W sklepie z "antykami" mieszczącym się w bramie karawanseraju (dawnego zajazdu karawan) Chanal-Wazir przemiły właściciel ugościł nas herbatą i rozmową o drogich modelach samochodów w kontekście możliwości nabywczych przeciętnego Syryjczyka. Po godzince w jego miłym towarzystwie postanowiliśmy wracać do hotelu. Po drodze, w knajpkach pod Wieżą Zegarową, urządziliśmy sobie podwieczorek - tym razem zamiast kababa był falafel (wygląd taki sam, ale w środku zamiast mięsa rozgniecone smażone kulki z ciecierzycy i ziaren sezamu). Na wieczór byliśmy umówieni z Aleksandrem. Dokładnie o 21.00 pod wejściem do Katedry Maronickiej. Aleksander poprowadził nas przez labirynt uliczek do Dzielnicy Chrześcijańskiej. Trudno uwierzyć, ale na dystansie mniej niż kilometra zmienia się wszystko. Ciasne uliczki arabskiej części miasta zastępują szerokie ulice, ludzie chodzą tu ubrani w zasadzie po europejsku, kobiety z wyuzdanymi dekoltami, słychać inną muzykę, dziwnie. Lądujemy wreszcie w restauracji, gdzie spędzamy dwie godziny na rozmowie o Sosnowcu, o tym, że umarł Gierek, o bonach towarowych i kartkach, o cinkciarzach pod Pewex'em, o podwójnych cenach dla obcokrajowców w hotelach oraz o generale Wojtku Jaruzelskim (Aleksader mówił o nim właśnie "Wojtek"). Taką właśnie Polskę zapamiętał nasz znajomy z roku 1986. Pod hotel Krokodyla wracamy taryfą uznając ten dzień za bardzo udany.


Foto (foto37) (foto38) (foto39) (foto40) (foto41) (foto42) (foto43) (foto44) (foto45) (foto46) (foto47) (foto48)


5. Latakia - syryjska riwiera


Autobusy Pullmana na dworcu w Aleppo
Autobusy Pullmana na dworcu w Aleppo
Pytam się Krokodyla o to, gdzie jest najlepsza plaża w Syrii. Odpowiedział, że tylko i wyłącznie Blue Beach w Latakii. Zatem jedziemy. Wtorek, 3 sierpnia 2004 roku. Na pożegnanie dostajemy od niego zgrabną mapkę Syrii z dobrym planem Damaszku - ta mapka to darmowa publikacja Ministerstwa Turystyki - warto jej poszukać (click) 19 kB. Spring Flower Hostel opuszczamy około 10 rano (już tak będzie na tej wyprawie, że o tej porze będziemy startować dalej z kolejnych miejsc). Chcemy autobusem dojechać do tej Latakii nad Morzem Śródziemnym. Można jechać dobrym klimatyzowanym autobusem Karnak za 100 SP lub tanim Pullman'em za 45 SP. Ten drugi jest nieklimatyzowany, ale za to ponoć klimatyczny. No to idziemy na dworzec tanich autobusów. Z pomocą Pascala jakoś tam trafiliśmy. Straszny zgiełk na tym dworcu. Dopadają nas naganiacze, co nawet było dobre, gdyż już po chwili stanęliśmy przed naszym busem. Cudo nie z tej ziemi. Stare kolorowe pudło, strasznie zdezelowane. W środku jakieś frędzle (jak w karawanie) i kiść sztucznych winogron na przyssawce zamontowana do szyby obok kierowcy. Do tego oczywiście fotka mordy młodego Assada taśmą klejącą przyczepiona za szybą drzwi (stary Assad Pullman'em nie jeździ). Bilety kupuje się w kasie wewnątrz dworca. Cena jak powiedziałem 45 SP. Tutaj scan (click) 20 kB. Aleppo i Latakię dzieli 186 km i 3,5 h jazy. Przez okna można oglądać półpustynne krajobrazy, wioski w których na parterze każdego domu - w "garażu" zamykanym roletą - mieszczą się przeróżne sklepy, z tym jednak, że 80 % sprzedaje opony samochodowe. Po pokonaniu połowy drogi zaczynają się ładne i niewysokie góry, na zboczach których rozciągają się sady. Z każdym kilometrem ładniej. Wreszcie dojeżdżamy do Latakii. Dobrze, bo wygoda siedzeń nie jest mocną stroną autobusów Pullman. Dworzec autobusowy oczywiście nie mógł zostać zbudowany w centrum. Kilometr czy dwa trzeba było przejść. Na szczęście bliskość morza łagodzi upał. Docieramy na plac z dużym pomnikiem starego Assada. Zgodnie z przewodnikiem Pascala jest to ścisłe centrum i gdzieś tu mają się mieścić tanie hotele. Polecany przez przewodnik Hotel Kaoukab as-Sharq wita nas kratą na drzwiach przeplecioną łańcuchem z wielką kłódką. Nic to. Może 30 m dalej znajdujemy Hotel Alfrdos. Po cholernie pionowych schodach wspinamy się do recepcji. Nad nią uśmiecha się z ojcowską troską o rodaków Hafez Assad. Recepcjonisty nie ma. Po chwili wychyla się zza kontuaru - znajomość języków nie była jego mocną stroną. Mimo to uzgadniamy, że trzeba nam "double room". Hotel przestronny, ładny pokój z oknami i balkonem wychodzącym na plac z pomnikiem. Facet chce 250 SP od osoby. Jako, że stan syfiastych wykładzin nie jest atutem tej oberży (pojedziecie - zobaczycie) postanawiam trochę powydziwiać. Recepcjonista musiał zatem spuścić z ceny i na dodatek dostarczyć bezpiecznik do wentylatora. Cena zatem 200 SP od osoby. Po odespaniu podróży pod kręcącym się wiatrakiem mogliśmy pójść pozwiedzać miasto. Szybko okazało się, że w Latakii nie ma nic ciekawego. Podobne tylko do siebie prostopadle przecinające się ulice, knajpy, sklepy, nieciekawy park i żałośnie wyglądające trzy zachowane antyczne kolumny, które ktoś wcisnął między wiadukt a ścianę nowoczesnego budynku. Tragedia. Potem knajpa i kebab (25 SP), półkilowa porcja frytek (też 25 SP) i obowiązkowa butelka zimnej Coli (10 SP). Wieczór kończymy na balkonie z widokiem na oświetlony skwer z pomnikiem starego Assada w przyciasnym fraku.

Na plaży Blue Beach w Latakii
Na plaży Blue Beach w Latakii
No to mamy środę, 4 sierpnia 2004 roku. Pamiętajcie, że do Latakii przyjechaliśmy przede wszystkim po to, aby wykąpać się w Morzu Śródziemnym na najlepszej syryjskiej plaży. Jak zawsze o 10 ruszamy. Taksówkarzowi (25 SP), każemy się wieść na Blue Beach i żeby było fajnie to do najlepszego hotelu. On poleca Hotel Meridien-Coted'Azur. Dobra, nam pasuje. Plaża jest jakieś 6 km na północ od miasta. Wysadza nas przed tym hotelem. Kurcze, trochę nam głupio : już na oko widać 5 gwiazdek. Można by rzec, że nie licujemy z tym miejscem. No ale w końcu miała być najlepsza plaża w Syrii. Wchodzimy. Parking na którym stoją same jaguary, BMW i trochę mercedesów na rejestracjach z krajów Zatoki Perskiej. Postanawiamy się tak zakręcić, żeby wyglądało, iż wychodzimy z tego parkingu :-) No to walimy na hotel. Z niechlujnie przerzuconym przez ramię ręcznikiem i z najbardziej zblazowaną miną, na jaką mnie było stać, ruszam w kierunku odźwiernego w śmiesznej liberii. Ten mało się nie zasrał od uprzejmości względem nas i otwarł z ukłonem drzwi. Potem hol : fontanna i Assad w środku. Idziemy dalej już bardziej pewnym krokiem. Prosto w kierunku wyjścia na taras restauracji przy plaży. Obsługa kłania nam się w pas. Gdyby wiedzieli, że śpimy w budzie za 4 USD od łebka :-) Z restauracji na tarasie kilka schodków w dół i jesteśmy na Blue Beach ! Są leżaki, są parasole z liści palmowych, są prysznice i łagodny, drobniutki piasek. No i jest falujące Morze Śródziemne. Znowu na wreda się gdzieś wkręciliśmy. Jak się kąpie każdy wie, więc pisać nie będę. Warto w każdym bądź razie zanurzyć dupę w morzu przed jazdą na pustynie, która przed nami. Po godzince miłego lenistwa wracamy do hotelu - tym razem minibusem (10 SP). Pakujemy plecaki, w restauracji pod hotelem wrzucamy coś do brzucha i idziemy na dworzec autobusowy.


Foto (foto49) (foto50) (foto51) (foto52) (foto53) (foto54) (foto55) (foto56) (foto57) (foto58) (foto59) (foto60)


6. Krak des Chevaliers


Autostopem do Krak des Chevaliers
Autostopem do Krak des Chevaliers - zamek widać na górze
Dla ścisłości na dworzec tanich autobusów. Kierowca odjeżdżającego Pulmann'a już z daleka machał żebyśmy się pospieszyli. Biegniemy. Ktoś pokazuje, że bilety trzeba kupić w kasie. 45 SP od sztuki (click) 11 kB. Wskakujemy do tego zdezelowanego pullmanowego pudła. Zdyszany pytam się : Krak des Chevaliers ? Kierowca : yyee ??? No to pytam się jeszcze raz używając nazwy arabskiej tego zamku : Qala'at al-Hosn ? Kierowca kiwa głową, że : OK !!! Siadamy. Ktoś podaje butelkę z wodą. Ala jaja znowu złapaliśmy autobus dosłownie od razu. Wyjeżdżamy z Latakii. Mijamy wielkie więzienie i na dużym rondzie skręcamy na południe na autostradę w kierunku drugiego z syryjskich portów Tartus i dalej na Homs. Nie myślałem, że te stare autobusowe gruchoty potrafią tak szybko jeździć. Cały czas walimy dobre 100 km/h. Po lewej stronie góry, a po prawej morze. Szeroka autostrada. Częściej niż tablice wskazujące kilometry na poboczu rozstawiono plansze z mordami jednego czy drugiego Assada. Z okna autobusu dostrzegamy na szczycie góry ruiny jednej z twierdz krzyżowców - Qala'at at Marqab. Szaleńca jazda. Kierowca wyprzedza wszystko co ma koła i jedzie w tą samą stronę - nawet taksówki, o innych autobusach czy ciężarówkach nie wspominając. Już po niecałej godzinie mijamy Tartus (autobus nie zjeżdża do miasta) i skręcamy na wschód w kierunku na Homs. Pytamy się jeszcze raz kierowcy o ten Qala'at al-Hosn. Kiwa głową, że wie co robi i że mamy spokojnie cieszyć się jazdą jego bolidem. Wreszcie zatrzymuje się na poboczu przy rozjeździe. Wskazuje na drogę przechodzącą prostopadle pod autostradą i daje do zrozumienia, że mamy jechać nią na północ (czyli na lewo od autostrady jadąc z Tartus do Homs). Autobus odjeżdża, a my zostajemy na poboczu. Gorąco. Wystarczyło trochę odjechać od morza i już skwar nie do zniesienia. Schodzimy z autostrady pod wiadukt na drogę wskazaną przez kierowcę autobusu. Faktycznie miał rację : znak drogowy usuwa wszelkie wątpliwości : "Qala'at al-Hosn 12 km". Zatrzymuje się taksówka - dziękujemy, będziemy stopować. Już po chwili łapiemy mercedesa na libańskich blachach (do granicy stąd może 15 km) i mówimy, że jedziemy do tego Qalalalat. Kierowca dobrze wiedział gdzie chcemy jechać, bo tutaj turyści zapewne po nic innego nie mają powodu przyjeżdżać. No to sobie jedziemy. Facet częstuje ogórkami - nie cierpię gówna, ale co zrobić - trzeba zjeść. Zawsze lepsze to niż szpinak, który w przedszkolu wciskałem w czasie obiadu do doniczek z kwiatkami. Jedziemy przez wiochy. Jedna, druga, trzecia. Wreszcie na jakimś rozjeździe każe nam wysiadać. Tak patrzymy głupio naokoło, co za cholera ? On na to wskazuje ręką na szczyt góry. Tak wysoko, że wcześniej nie chciało mi się aż tak zadzierać głowy. Jest zamek, ale cholernie wysoko ! Facet się zaśmiał i odjechał. Widzimy go na szczycie góry, może z 800 metrów wyżej od nas, prowadzi tam serpentyna drogi, gdzieś w połowie wioska. Jasna cholera - od razu odechciało mi się iść. Przeszliśmy na drugą stronę jezdni i niepewnym krokiem ruszyliśmy w kierunku zamku. Na tym wyjeździe jednak mieliśmy szczęście. Po chwili zatrzymuje się ciężarówka. Kierowca wskazuje abyśmy włazili na pakę. Tam już dwóch innych gości i masa skrzynek z kurczakami. Ledwo wystarczyło dla nas miejsca. Przejechaliśmy z nimi aż do tej wiochy pod zamkiem, którą widzieliśmy z dołu. Jedynym kosztem były moje buty obsrane przez kury. Aha, wiocha nazywa się oczywiście Hosn. Stąd pod zamek już tylko 200 metrów w pionie. Syryjscy kierowcy nie pozwolili nam tam wleźć. Kolejne auto samo się zatrzymało, a kierowca specjalnie skręcił z drogi, aby podwieźć nas pod samo wejście do zamku.

Podejście pod Krak des Chevaliers
Wiocha Hosn - podejście pod Krak des Chevaliers
No to się udało. Z parkingu przed zamkiem widać rozjazd i stojący przy nim meczet na którym byliśmy jeszcze 15 minut wcześniej i skąd patrzeliśmy na zamek od dołu. Panorama na Syrię warta zapamiętania. Oczywiście od razu trzeba się opędzać od naganiaczy. Jedni chcą nas prowadzić do hotelu, inni przewieźć na wielbłądzie, jeszcze inni sprzedać film do aparatu albo lody. Spieprzać panowie. Na szczycie góry (200 metrów od zamku i nieco powyżej niego) jest restauracja La Table Ronde, a na jej zapleczu 4 pokoje hotelowe. Czyste, z prysznicami, a że nikogo w nich nie było, to właściciel zgodził się obniżyć cenę z 250 SP na 200 SP od osoby. Wybieramy pokój nr 3, bo z okna w nim roztacza się widok na zamek. Po prysznicu idziemy zwiedzać kobyłę. Jest godzina 17.15 - zamek zamykają o 18, więc musimy się spieszyć. Bilet kosztuje 150 SP, a na ISIC/Euro26 tylko 10 SP. Tutaj scan (click) 20 kB. Rozpisywać się nie będę. Zamek jest po pierwsze duży, po drugie ciekawy. Nam najbardziej podobało się w podcieniach, w piwnicach, w kaplicy, na wieżach i na murach, gdzie warto wdrapać się dla samego tylko widoku. I chociaż 45 minut to niewiele, to jednak zdążyliśmy zwiedzić wszystko. Naprawdę warto pojechać do Krak des Chevaliers vel Qala'at al-Hosn. Polecam. Wieczorem postanawiamy wybrać się do wsi po zamek. Liczyliśmy na znalezienie choćby skromnej restauracyjki, ale nic takiego tam nie ma. W sklepiku jednak kupiliśmy sandwitche na gorąco z mielonką (dobre i tylko za 20 SP) oraz winogrona (25 SP za kilogram). Z wielkim melonem pod pachą (jakieś 5 kg za 30 SP) wróciliśmy na hotel. Zapomniałbym napisać, że na szczycie tej góry klimat jest naprawdę przyjemny. Chłodno i lekki wiaterek - nie to co tam u dołu. Na wieczór polecam widok na bezkresne pola u dołu i oświetloną wiochę Hosn - najlepszy punkt widokowy jest na parkingu przed restauracją (obok agawy).


Foto (foto61) (foto62) (foto63) (foto64) (foto65) (foto66) (foto67) (foto68) (foto69) (foto70) (foto71) (foto72)


7. Czy będą problemy na granicy libańskiej ?


Libańska flaga z drzewkiem cedrowym
A tu libańska flaga z drzewkiem cedrowym
No to mamy czwartek, 5 sierpnia 2004 roku. Wstajemy już po 7 rano i ruszamy ku dalszym przygodom. Plan : wjechać tego dnia do Libanu korzystając z darmowej 48godzinnej wizy wydawanej na granicy. Jako, że jest ona ważna dwie doby (liczy się rzecz jasna data na stemplu granicznym), to wjazd z samego rana daje w rzeczywistości prawie 3 dni (ten dzień, następny i kolejny do północy). Żeby nie było za łatwo, to spodziewamy się także problemów z pozwoleniem na wjazd dla siostry. Z tych dwóch powodów opuszczamy hotel tak wcześnie. Widok z góry na Syrię niesamowity, rześkie i zimne powietrze. Mijamy wejście do zamku i idziemy w dół drogą przez Hosn, wieś jeszcze śpi. W zasadzie to chcemy dojechać stopem do odległej o około 25 km granicy w Tal Kalakh. Nie spieszy nam się, idziemy. Natrętni taksówkarze i kierowcy minibusów (razem chyba z 10) żyć nam w spokoju nie chcieli dać nie rozumiejąc, że po prostu mamy ochotę na spacer. Jeśli chcecie zbyć wścibskiego taryfiarza w Syrii, to na pytanie dokąd jedziecie lub skąd jesteście najlepiej odpowiadać "Izrael". Wierzcie mi, że działa - od razu uciekają w popłochu. W taki właśnie sposób zapewniliśmy sobie spokój i wylegitymowanie przez policjantów w radiowozie na sygnale. Gdy już nam się znudziło tylko machnęliśmy ręką i od razu mieliśmy minibus do autostrady Latakia-Tartus-Homs (25 SP - trochę dużo). Tam łapiemy wywrotę pełną ziemi, którą przejeżdżamy autostradą 3 km w stronę Tartus i Latakii aż do zjazdu w lewo do Tal Kalakh. Ze zjazdu jest do centrum może 2 km, które pokonaliśmy na pace jeszcze jednej ciężarówki. Kierowca dobrze mówił po rosyjsku i zapraszał na śniadanie do domu, ale musieliśmy odmówić, gdyż spieszyło nam się na granicę. Do Libanu z miasta jeszcze 10 km. Analiza ruchu na drodze nakazuje zrezygnować ze stopa i poszukać taryfy. Cena po targowaniu 100 SP za kurs, a droga prowadzi malowniczą doliną. Opisałem trasę z Krak do granicy tak dokładnie, gdyż z mapy trudno się zorientować. No więc jesteśmy na granicy z Libanem. Póki co jeszcze po stronie syryjskiej. Walimy do pawilonu "Departures". Przy okienku dla "foreingers'ów" spokojnie. Mundurowy ogląda paszport od przodu do tyłu i w końcu bezradnie pyta skąd jesteśmy. Odpowiedź : Bulanda. No to sprawa ruszyła. Poklupał w komputer i przybił stemple graniczne - jeden na pomarańczową kartę imigracyjną, którą dostaliśmy przy wjeździe, a drugi do paszportu (click) 24 kB. Teraz trzeba już tylko założyć plecak na ramię i ruszyć w kierunku małego kratownicowego mostu przerzuconego nad syfiastym ciekiem wodnym (trudno to nazwać nawet rzeczką), który stanowi granicę syryjsko-libańską (100 m od budynku odprawy granicznej). Przed samym mostem jeszcze jeden syryjski żołnierz sprawdza paszporty i stemple wyjazdowe w nich, odbiera pomarańczową kartę i mówi "Good bye".

Mój paszport, libańska wiza i trochę kasy
Mój paszport, libańska wiza i trochę kasy
Mostek ma może 50 metrów, ciek wodny pełen śmieci. Po drugiej stronie w blaszanej budzie z zatkniętą na dachu flagą z cedrem siedzą żołnierze libańscy. Rzucili okiem na książeczkę z orłem na okładce i "Welcome to Lebanon". Od mostu do libańskiego terminala jest około kilometra. Drogę obrastają po obu stronach dziwne rośliny, coś jak pałki wodne, ale te nie byłyby dziwne. Jak znajdę ich fotkę, to wrzucę do galerii. I jesteśmy na libańskiej kontroli. Od razu problemy. Kierują nas do okienka z napisem "Arrival Diplomatics". Tutaj żołnierz mówiący po angielsku oraz grymas na jego twarzy wyglądają jak kłopoty. Nasze kłopoty, a w zasadzie to kłopoty z siostrą. Zanim przeczytacie co było dalej polecam zapoznać się z informacją na temat warunków wjazdu obywatelek RP w wieku lat 17-30 ze strony polskiego MSZ. Tak, więc jeśli Polka w takim wieku stawi się na libańskiej granicy bez wizy z ambasady w Warszawie (adres: Starościńska 1b/10; tel. (022) 8445065, fax. (022) 6460030, e-mail : embleban@pol.pl; 2 formularze, 2 fotki, bilet w obie strony, rezerwacja hotelu, 35 USD, wnioski składa się od poniedziałku do piątku od 9 do 12, odbiór wiz tego samego dnia o 14), to może mieć przygody podobne do naszych. Problem numer 1 : dlaczego macie różne paszporty (siostra ma granatowy, ja ten nowy - czerwony) ? Tłumaczę, że to "new design". Chwyciło. Problem numer 2 : gdzie jest rezerwacja hotelu ? Daję wizytówkę jakiegoś pensjonatu z Bejrutu. Facet popatrzył, poczytał, powydziwiał, ale zaakceptował. Problem numer 3 : siostra nie może wjechać, a ja - no problem. Tego się spodziewaliśmy - masa ludzi z Internetu o tym donosiła. Postanawiamy wykorzystać jedyną opcję w libańskich procedurach przewidującą dla kobiet m. in. z Polski możliwość wjazdu do Libanu bez wizy z Warszawy. Tą opcją jest wjazd w towarzystwie męża lub brata (odsyłam jeszcze raz do strony naszego MSZ). Facet z okienka poleciał po szefa, coś tam na zapleczu dywagowali i po chwili wrócił oznajmiając, że i owszem wjedziemy, jeśli siostra wykaże, że jest moją siostrą. No to jesteśmy w dupie. W polskich paszportach nie ma wpisanego imienia ojca, żeby można było porównać, iż w naszym przypadku jest takie samo (nazwisko mamy identyczne). Innych dokumentów nie mamy. Z kłopotów ratuje nas sam strażnik graniczny z okienka, który w swej błyskotliwości przeszedł chyba samego siebie. Ja mam na drugie imię tak samo jak mój ojciec na pierwsze, a drugie imię jest wpisane do paszportu - siostra zaś ma ojca wpisanego ołówkiem, jako osobę, którą trzeba powiadomić w razie kłopotów. Facet uznał, że moje drugie imię, to zapewne imię ojca, a z niewyjaśnionych powodów w paszportach kobiet z Polski ojców wpisuje się ołówkiem na ostatniej stronie. Nie bardzo nadążaliśmy za jego tokiem rozumowania, ale ucieszył nas wyrok : "Ok, everything is ok". Teraz pozostawała kwestia wyboru rodzaju wizy. Kartka na ścianie informuje : 48 h tranzyt - free; 15 dni tranzyt - 25 000 lir libańskich (LL); 30 dni jeden wjazd - 50 000 LL; 30 dni dwa wjazdy - 75 000 LL; 30 dni wielokrotny wjazd - 100 000 LL). Ta sama kartka informuje, że opłaty wizowe pobierane są wyłącznie w walucie libańskiej. Wybieramy wizę tranzytową na 48 h za free. Trzeba wypełnić kartę wjazdową (click) 50 kB. Ostatni punkt programu to przybicie całkiem okazałego stempla do paszportu (click) 29 kB - tu razem z czarnym stemplem wyjazdowym, który dostaniemy dwa dni później. Przy czym siostra dostaje taki stempel z dopisaną długopisem informacją, że podróżuje ze mną (moje imię i nazwisko oraz numer paszportu) i że może opuścić Liban też tylko ze mną (click) 36 kB. A zatem jesteśmy w Libanie - 5 sierpnia 2004 roku, godz. 11.00 !


Foto (foto73) (foto74) (foto75) (foto76) (foto77) (foto78) (foto79) (foto80) (foto81) (foto82) (foto83) (foto84)


8. Trypolis i Cedry z Bszarry


Libańska tablica rejestracyjna
Libańska tablica rejestracyjna
Na granicy właśnie stał autobus. Kierowca mówi, że jedzie do miasta Tarablos, ja że chcę do Trypolisu. Po dłuższej chwili uzgadniamy, że chodzi o to samo miasto. Za przejazd płacimy po 2 USD. Droga prowadzi wzdłuż brzegu morza. Pierwsze spojrzenia na ten kraj. Liban jednak różni się od Syrii. Nie wiem za bardzo czym. Na pewno w Syrii nie ma tak widocznych obozów uchodźców palestyńskich - a tutaj, na przedmieściach Trypolisu, ogromne "miasto" namiotów z zatkniętymi na nich flagami palestyńskimi i portretami Arafata. No i oczywiście wszędzie flagi z drzewkiem cedrowym. Z granicy do Trypolisu jest około 40 km i mniej niż godzina jazdy. Autobus kończy jazdę w samym centrum - na placu pod Wieżą Zegarową. Tuż obok ładny park. Tam zostawiam siostrę z tobołami i idę szukać noclegu. Najpierw jednak trzeba wymienić trochę forsy. Walutą w tym kraju jest lira libańska (LL) - za 1 USD płacą 1510 LL, a za 1 Euro 1810 LL. Końcówek jednak nikt nie wydaje. A tak wygląda libańska forsa (click). Teraz pora na hotel - wszystkie tanie znajdują się w okolicy wieży zegarowej. Pomocny będzie przewodnik. Najpierw dwa przez niego polecane : Hotel Palace to ładny styl sprzed 100 lat i przestronne pokoje, lecz cena 10 USD od osoby w pokoju dwuosobowym (tańszych miejsc tam nie ma) oraz prawdopodobnie najtańszy w mieście Hotel Des Cedres (4 USD) - ten niestety zamknięty, gdyż była dopiero godzina 13 (właściciel ponoć przychodzi i otwiera tą budę o 17.00). No nic, idę dalej. Już wiem, że spanie w tym kraju będzie dużo droższe niż w Syrii. Odnajduję wreszcie Hotel Centrum (też jest w przewodniku). Recepcjonista, dam głowę sobie uciąć, że pedał, ciepłym głosem informuje, że cena za miejsce w dwójce wynosi 10 USD. Udało się wytargować upust do 8 USD. Pokój czysty, z łazienką i dużym tarasem.

Trypolis - ulica
Trypolis - ulica
Po odespaniu można zwiedzać. Ala chora na sraczkę, więc idę sam. Recepcjonista żegna mnie maślanym wzrokiem. Wieża Zegarowa i park pod nią wieczorem wyglądają jeszcze ładniej. Idę przez stare miasto w kierunku Wielkiego Meczetu. Potem pobliska medresa al-Qartawijja z ładnym frontonem. Nie udało mi się trafić do fortu St-Gilles, gdyż zaplątałem się w uliczki na bazarze. Kupiłem sobie winogrona (1000 LL za kilogram), wspaniałe cytrynowe lody wodne w szklance do której sprzedawca dokłada słomkę i łyżeczkę (500 LL) oraz kebaba z kurczakiem za 1000 LL , a także litrowego Sprite'a też za 1000 LL. W ogóle wszystko w tym kraju kosztuje 1000 LL - a już na pewno godzina internetowania. Na ulicach bardzo dużo wojska. Mundury amerykańskie i karabiny amerykańskie - od razu widać na czyim pasku chodzą. Między straganami z owocami przeciskają się powoli stare mercedesy, reklamy Benettona i koiety w czadorach. Do tego ja w krótkich spodenkach i żebracy. Oto Trypolis - niby na Bliskim Wchodzie, a jednak jakoś tu europejsko. No nic. Wracam pod Wieżę Zegarową. Upatrzyłem sobie z daleka wolną ławkę. W tym samym kierunku idzie jakiś biały. Ja i on mamy w ręku kababa. Jednocześnie siadamy. Pytam się po angielsku skąd jest. On, że z Polandu. Przeszliśmy na polski. Szkoda, że nie pamiętam jak facet miał na imię. Przegadaliśmy kilka godzin o krajach bliższych i dalszych. Wróciłem do hotelu. Z siostrą już lepiej. Wieczór kończę na hotelowym tarasie w towarzystwie wspomnianego już recepcjonisty i zrobionej przez niego herbaty. On chyba jednak nie był pedałem. Chociaż w tych czasach to już nic nie wiadomo.


Siostra Alicja w rezerwacje cedrów libańskich
Siostra Alicja w rezerwacje cedrów libańskich
Dzień następny (piątek, 6 sierpień 2004). Na dzisiaj zaplanowano wizytę w rezerwacie libańskich cedrów - tych z narodowej flagi. Kiedyś porastały gęsto libańskie góry, potem zaczęli je importować faraonowie do budowy najwspanialszych obiektów, dziś został już tylko mały lasek, gdzieś wysoko w górach nieopodal miejscowości Bszarra. Tą krótką historię opowiedział nam taksówkarz wiozący nas z tej Bszarry do rezerwatu cedrów. No ale to za chwilę. Zatem jedziemy zobaczyć te drzewa. Plecaki zostają w hotelu. Trzeba się pytać ludzi o miejsce odjazdu minibusów do Bszarry (czyta się to jakoś tak "Beszarri"), gdyż trudno je znaleźć. Po długim błądzeniu po centrum w końcu okazało się, że postój tych minibusów znajdował się nieopodal naszego Hotelu Centrum. Przejazd kosztuje 3500 LL, a odjazd następuje, gdy zbierze się komplet pasażerów (w naszym przypadku trwało to może 20 minut). Pasażerowie to w zasadzie my i sami żołnierze. Sprawnie wyjeżdżamy z miasta i od razu zaczynają się góry. Coraz wyżej. Gdzieś daleko u dołu widzimy błękitne morze. A autobus wspina się coraz wyżej zboczem malowniczej doliny. Sposób poprowadzenia drogi może budzić uznanie. Roślinność robi się coraz bardziej skąpa, potem przebijamy się przez chmury i powyżej już tylko nagie skały. Mijamy kolejne wioski. W każdej posterunki wojskowe i zaparkowane gąsienicowe transportery. Po około godzinie dojeżdżamy do Bszarry. Z daleka widać duży kościół z dwiema wieżami. Dziwne, ale jego wygląd nasunął mi na myśl kościoły z Chorwacji - jak dla mnie takie same. W końcu jesteśmy na miejscu. Ponoć 2000 m n.p.m. Ponoć też, zdaniem autorów przewodnika, widzieliśmy najbardziej malowniczą dolinę w Libanie. Bszarra to całkiem ładnej miejscowość - na pewno na tyle ładna, aby poświęcić jej 20 minut na spacer. Do rezerwatu cedrów droga prowadzi jeszcze 6 km bardzo stromą serpentyną w górę. Jedyny sposób na dojazd tam to taksówka. Pełno ich w centrum. Cena przejazdu w jedną stronę to 10 000 LL, a 15 000 LL gdy chcemy, aby taksówkarz poczekał pół godziny i odwiózł nas z powrotem. My nie chcemy. Droga prowadzi stromo w górę. Jedzie się może 15 minut, ale w tym czasie wysokość rośnie o kolejne 800 m. Góry naokoło są już kompletnie łyse, tylko kamienie. Do tego jest tu bardzo fajnie chłodno. Nie to co w tym pieprzonym Trypolisie. Z daleka widać cedry w rezerwacie. Mały zielony lasek na kompletnie łysym zboczu góry. Bilet wstępu kosztuje 2000 LL, ale jest zniżka dla studentów - 1000 LL. Rezerwat nie jest wielki. Chodzi się wytyczonymi ścieżkami. A drzewa naprawdę wyglądają jak cedry. W sumie są nimi. Dla pewności wyciągamy paszporty i otwieramy na stronie z libańskim stemplem wjazdowym na którym jest to drzewko. Porównujemy : zgadza się, nikt nas nie oszukał - to na pewno rezerwat cedrów. Szukaliśmy szyszki na pamiątkę, ale wszystkie wyzbierane. Kilka fotek i cedry zaliczone. Przed wejściem na teren rezerwatu uliczka pełna bud z souvenirami. Wśród nich królują drewniane drzewka cedrowe wykonane z sosny. Wracamy sobie spacerkiem do Bszarry. Jest super. Droga prowadzi w dół, chmury pod nami, a temperatura znakomicie umiarkowana. Nie chce się wracać do Trypolisu. Przeszliśmy może 3, może 4 km. Osobliwym widokiem są wyciągi narciarskie i ratraki - teraz odpoczywające przed zimowym sezonem. Ktoś mówił, że libańskie góry są ulubionym miejscem do jeżdżenia na nartach dla bulionerów znad Zatoki Perskiej. Gdy już znudził nam się spacerek wystawiliśmy tylko rękę i zatrzymała się ciężarówka pełna melonów. Jedziemy prosto do Trypolisu. Kierowca wybrał drogę drugim zboczem wąwozu, które jest jeszcze bardziej malownicze. Droga wspina się jeszcze wyżej. Robi się zimno - jedyny raz na Bliskim Wschodzie. A potem schodzi w dół, przez chmury, ostre zakręty. Pół godziny i znowu jest 40 stopni - znowu pot leje się z człowieka. Kierowca wysadził nas na przedmieściach miasta i wcisnął w ręce ogromnego melona. Może 30 sekund później złapaliśmy mercedesa. Udało nam się z tym autem, gdyż kierowca tego zadał sobie specjalnie trud, by dowieźć nas pod sam hotel. No i jesteśmy w domu.


Foto (foto85) (foto86) (foto87) (foto88) (foto89) (foto90) (foto91) (foto92) (foto93) (foto94) (foto95) (foto96)


9. W Bejrucie ciepło i drogo


Falafel
Falafel
Odbieramy plecaki, przybijamy szuflę z szefem i idziemy na autobus do Bejrutu (przystanek w centrum - zgodnie z mapką z przewodnika). Właśnie odjeżdża. Z biegu kupujemy bilety (1000 LL) i wsiadamy. Tutaj scan biletu (click) 15 kB. Duży i klimatyzowany. Miejsca numerowane. Moje przy szybie, obok już siedzi zaczadorowana kobieta. Od razu uciekła, gdy tylko zobaczyła z kim przyjdzie jej jechać. Po chwili przyszedł jej stary i zajął to miejsce. Zmierzył mnie z góry do dołu. Uznał pewnie, że nie stanowię zagrożenia dla ich związku, więc skupił się na spaniu. Do Bejrutu jedzie się nieco ponad godzinę - wszystkiego 86 km. Autostrada : po prawej morze w odległości kilkudziesięciu metrów, po lewej góry, których wierzchołki nikną w chmurach, a na poboczach reklamowe billboardy. Liban to w porównaniu z Syrią prawie Europa. Z daleka widać wieżowce Bejrutu - jak Manhattan. Potem ślimaki, mosty, wiadukty, światła i dworzec autobusowy imienia Charles'a Helou. Wysiadka. Jesteśmy w dzielnicy portowej. Dworzec mieści się w zasadzie pod wiaduktem. U góry kilka kondygnacji piętrowego parkingu, a na samej powierzchni przebiega ulica tego Charles'a Helou (stąd chyba nazwa tego dworca). Przewodnik radzi by wyleźć klatką schodową na sam top i tam szukać tanich hoteli. Tak też robimy. Cholernie gorąco i wilgotno. Na betonowej ścianie dostrzegamy namalowaną farbą strzałkę wskazującą na Pension Al-Nazih (250 m). Ktoś polecał w Internecie to miejsce, a Krokodyl z Aleppo dał nam ich wizytówkę, z której pomocą wjechaliśmy do Libanu. Po strzałkach bez trudu trafiamy do celu. Czysto, ładnie i klimatyzowanie, ale miejsc brak. Wracamy zatem 100 m w stronę dworca autobusowego do Hotelu Talal, do którego wejście po drodze minęliśmy. Tutaj warunki podobne i są wolne miejsca. Cena od osoby w pokoju z czterema łóżkami, klimatyzacją i TVzorem wynosi 6 USD (Internet na recepcji za free). Tutaj wizytówka (click) 29 kB, a tu mapka z odwrotu wizytówki (click) 20 kB. Pozostałe dwa miejsca wolne, więc mamy komfort przed duże "K". Podkręcamy klimę na maksymalne chłodzenie i cieszymy się leżeniem. Mądrze napisane. 10 minut później - koniec opieprzania. Pierwsza rzecz do zrobienia to wrócić na dworzec tego Helou i kupić bilety do Damaszku na następny dzień, bo ponoć dla bezpieczeństwa trzeba to robić z wyprzedzeniem. Zatem złazimy z tej estakady do dworcowej nory. Dopiero wtedy dostrzegliśmy jakie to obrzydliwe miejsce. Najgorsze są spaliny z autobusów, które, nie mając gdzie się rozchodzić, dosłownie barwią powietrze na niebiesko. Do tego ryk silników, klaksony i szczekanie naganiaczy. Dworzec dzieli się na trzy strefy : "Zona A" obsługuje autobusowe kursy krajowe (tu przyjechaliśmy), sto metrów dalej "Zona B" skąd odjeżdżają taksówki w każdym kierunku (do Syrii też), jeszcze sto metrów i "Zona C" z autobusami do Damaszku. W strefie "C" trzeba szukać faceta imieniem Georges, który jest bogiem jeśli chodzi o połączenia z Syrią. Znalazłem go bez trudu, bo mi ktoś pokazał palcami, że u niego coś nie tak z estetyką siekaczy. Faktycznie jak u hipopotama. Dobra, oto co mi sprzedał Georges (mówi po angielsku). Autobusy odjeżdżają co godzina od rana do wieczora. Cena : 7000 LL = 225 SP = 4,5 USD. Waluta do wyboru. Wybieram sobie kurs o 15.30 następnego dnia i płacę. W zamian dają mi oczywiście kwit - o tym potem. No i to tyle - sprawa załatwiona bez bólu. Druga sprawa, to zobaczyć jak wygląda wieczór w Bejrucie. Jest jeszcze bardziej gorąco i parno. Idziemy w kierunku centrum. Już ciemno. Z daleka widać neony z wesołego miasteczka w porcie. Po omacku przełazimy na skróty przez plac budowy i jesteśmy u bram tego przybytku. Wstęp 1000 LL.W tym momencie przypomniało nam się, że zapomnieliśmy wymienić kasę. Zatem nie będzie wesołego miasteczka, choć w planach był wielki młyn jak w Ułan Bator. Ostatnie LL trzymamy na coś do żarcia. Okazuje się jednak, że Bejrut to miasto, gdzie łatwiej kupić jeansy za 500 USD lub niemęskoosobowe ciuchy al'a Olivier Janiak niż zwykłego kebaba czy falafla. Gdy już znaleźliśmy bar szybkiej obsługi, to zszokowała nas cena za hamburgera - jedyne 7000 LL. Nawet tyle nie mieliśmy. Jedynym ratunkiem został dworzec Charles'a Helou. Znowu ta cholerna nora, a tam paskudne gorzkie falafle za 1000 LL w charakterze kolacji. Kompletny upadek kulinarny tego wieczora.

Gołębie Skały - największa atrakcja turystyczna Bejrutu
Gołębie Skały - mówią, że największa atrakcja turystyczna Bejrutu
Dzień następny (sobota, 7 sierpnia 2004). Wczesnym rankiem dokwaterowali nam do pokoju dwóch pedałów z Francji, którzy właśnie co przyjechali taksówką z lotniska. Zrobiło się takie zamieszanie w pokoju, że o dalszym spaniu mowy być nie mogło. Nasi nowi lokatorzy od razu zaczęli pytać o topografię nocnych klubów w Bejrucie. Nie byłem w stanie powiedzieć im nic na ten temat, więc poszli się pięknić do łazienki. My zaś spakowaliśmy plecaki i zluzowaliśmy pokój. Po 10 rano, zostawiając toboły na recepcji, wyszliśmy zobaczyć Bejrut za dnia. Z miejsca atak gorąca, ale jeszcze gorsza w tym mieście jest wilgotność. Po wojnie nie ma już śladu. To miasto to same wieżowce, szklane witryny wypasionych drogich sklepów z odzieżą, restauracje i hotele. Na ulicach prawie nie ma przechodniów. Obok nas przejeżdżają mercedesy, BMW i żółte taksówki. Idziemy w kierunku morza. Z trudem pokonujemy kolejne wiadukty, ślimaki, mosty i skrzyżowania. W ogóle nie pomyślano tu o pieszych. Bejrut to Europa - nie ma arabskiego klimatu. Wzdłuż brzegu morza ciągnie się promenada : palmy, rowerzyści i joggingowcy. Idziemy kilometr, drugi, trzeci. W kierunku najbardziej charakterystycznego dla tego miasta miejsca : Gołębich Skał. Upał daje się we znaki. Po trochu mamy dosyć. No a Gołębie Skały ? Nic specjalnego, choć w zestawieniu z resztą tego miasta może faktycznie najciekawsze. Do hotelu wróciliśmy drogą na skróty przez jednakowe kwartały jednakowych domów. Mijamy pięciogwiazdkowy hotel. Ciekawa scena. Z piskiem opon podjeżdża pod drzwi czerwone sportowe Ferrari, szersze niż wyższe, podnoszą się do góry drzwi i wysiada Pan Szejk. Po chwili zajeżdża ciężarówka z podwyższonymi burtami, cała wyładowana ogromnymi walizkami Pana Szejka. W tym momencie z hotelu wypada pięciu lub sześciu chłopa i zaczynają ładować walizki na małe wózki. Pan Szejk mija nas i chowa się w złotym holu hotelu. No a mister i madamme Bulanda idą dalej. Absolutnie wykończeni upałem wracamy do hotelu. Prysznic i w dalszą drogę.

Trwa syryjska odprawa graniczna
Ukryta kamera - trwa syryjska odprawa graniczna
Na szczęście na dworzec Charles'a Helou z hotelu jest tylko 200-300 metrów. Do odjazdu autobusu jeszcze pół godziny. Bez trudu odnajduję Georges'a, który mówi, że wszystko pod kontrolą. Zabiera mi też, wystawiony dzień wcześniej, kwit i po chwili przynosi wydrukowane bilety (click) 15 kB. Zatem ten kwit to było nic innego, jak "promesa biletowa". Nie ważne. Siedzimy sobie w klimatyzowanym biurze firmy przewozowej i przez szybę obserwujemy ten paskudny dworzec. Gdy już nadszedł czas zaprowadzili nas do autobusu i tyle. Pół godziny kłótni pasażerów o nie wiadomo co i autobus odjechał do Damaszku. Planowo miał o 15.30. Ten odcinek to 120 km i 4 h jazdy. Aha, jeszcze jedno. Tuż przed wyjazdem do autobusu wskoczył pomagier Georges'a i każdemu wręczył taką oto bumagę (click) 17 kB. Kto wie co to jest niech da znać. Wyjeżdżamy z miasta i od razu góry. Autobus strasznie się meczy. Ze dwa razy kierowca zatrzymywał się i z kumplem polewał wodą wnętrzności maszyny. Jedziemy co raz wyżej. Widać wieżowce stolicy Libanu i morze. Oczywiście u dołu. Potem przełęcz i zjeżdżamy do Doliny Bekaa. Urocza sprawa. Znowu trzeba robić przerwy - teraz wodą polewają hamulce. Znaki drogowe wskazują, że granica coraz bliżej. Na parę kilometrów przed nią, nie wiadomo czemu, autobus znowu się zatrzymał i wyszło z niego dwóch pasażerów. Reszta siedzi i czeka. Po może 20 minutach gostkowie wracają. Każdy z nich ma reklamówkę, a w niej po dwa chleby. Autobus ruszył. Macie pojęcie ?! Granica. Trzeba wysiadać i z paszportami iść do budynku odprawy. Znowu okienko dla obcokrajowców - to już znamy. Trzeba wypełnić kartę wyjazdową (click) 55 kB. Stempel informuje, że to przejście nazywa się Masnaa (click) 29 kB. Załatwione. Wracamy do maszyny. Gdy już wszyscy pasażerowie zajęli swoje miejsca podjechaliśmy pod szlaban. Wszedł żołnierz i sprawdził każdemu pieczątki wyjazdowe w paszportach. Mijamy ostatnią flagę z drzewkiem cedrowym i pod podniesionym szlabanem opuszczamy Liban. Po drugiej stronie przełęczy syryjski punkt kontrolny. Procedura jak zawsze. Piechotą do budynku, specjalne okienko, wypełnianie kart wjazdowych (click) 85 kB i stempel na powitanie (click) 22 kB. Powrót do autobusu i znowu kontrola stempli w paszportach przed wyjazdem z granicy. Przejeżdżamy przez bramę, z której młody Assad gospodarskim okiem patrzy na swój kraj. Syria po raz drugi. Z granicy do Damaszku jest bardzo blisko. Jest już ciemno. Widać z daleka morze świateł. Szczególnie okazale prezentuje się jedna z dzielnic na zboczu góry. Autobus wjeżdża w uliczne korki. Spaliny, klaksony i ciepły wieczór. O 21 kończymy jazdę gdzieś w centrum. Miało być 4 h, a z powodu awarii i przydługiej odprawy na granicy skończyło się na prawie 6 h.


Foto (foto97) (foto98) (foto99) (foto100) (foto101) (foto102) (foto103) (foto104) (foto105) (foto106) (foto107) (foto108)


10. Jeden dzień w Damaszku


Młody i stary Assad na podświetlonej tablicy
Młody i stary Assad - podświetlona tablica na nocnej ulicy Damaszku
Miasto duże, nie wiemy, gdzie jesteśmy. Na szczęście nasi współpasażerowie zorientowali nas na mapie i podprowadzili trochę w kierunku centrum. Przewodnik szczególnie zachwala dwa hotele : Al-Haramein oraz Al-Rabie. Niestety mapka tutaj strasznie zawodzi. Ulica Bahsa, na której oba się znajdują, jest bardzo trudna do znalezienia. Z mapki wynika, że jest całkiem spora, a w rzeczywistości to malutka uliczka schowana między wysokimi wieżowcami. Po półgodzinnych poszukiwaniach, kiedy błądziłem w okolicy, zaprowadził mnie tam wreszcie młody fryzjer, który porzucił swoją pracę w nadziei na bakszysz (kosztowało mnie to 50 SP). Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Sharia Bahsa ma dużo wspólnego z pekińskimi hutongami. Mała, urokliwa uliczka, na której słychać śpiew słowików ze sklepów zoologicznych oraz czuć zapach fajek wodnych. Podobnie jak pekińskie hutongi tak i ta zagrożona jest przez zbliżające się bezlitośnie ze wszystkich stron place budowy. Nowe wieżowce już w zasadzie wiszą nad tą oazą spokoju. No ale nic. Na ulicy Bahsa są te dwa hotele oraz kilka innych. Niestety w każdym usłyszałem to samo : "sorry, full". Nie ja jeden szukałem miejsca - z kwitkiem odprawiano też kilku Koreańczyków oraz dwóch dwumetrowochudych i czarnych jak smoła Sudańczyków, których widziałem na granicy w Masnaa. Powiedziano też, abyśmy poszukali miejsca w okolicach Placu Męczenników, gdyż tam jest dużo tanich hoteli. Z ulicy Bahsa do tego placu jest mniej jak kilometr. Jesteśmy na miejscu. Zakładamy bazę pod knajpą, gdzie najpierw kupujemy kebaby (25 SP) i coś do picia. Ala zostaje, ja idę szukać hotelu. Obleciałem dosłownie 30 hoteli (czasami jest tak, że w jednym budynku, na kolejnych piętrach, mieszczą się różne hotele). W każdym to samo : "sorry, full". Dziwne, ale większość kluczy do pokojów wisiała na haczykach w recepcji. Szybko poznałem prawdę. Te przybytki to bardziej burdele niż hotele, a ich właściciele nie bardzo są zainteresowani wynajmowaniem pokojów "bez wkładki". Wszedłem zatem w komitywę z kilkoma alfonsami ("mister, girls ?" - po tym można ich poznać) i przedstawiłem swój problem. Pokiwali ze zrozumieniem głowami, co chyba znaczyło, że faktycznie mam problem i obiecali pomoc. Jeden zadzwonił z komórki do kilku miejsc i w końcu z uśmiechem oświadczył, że ma wolny pokój. Idziemy. Recepcjonista potwierdził, że ma double room, ale za 20 USD od osoby. Musiałem podziękować. Alfons powiedział, że nic więcej nie może dla mnie zrobić i poszedł. Wracam do siostry, która od godziny siedzi pod barem. Plac Męczenników kładzie się spać. Ludzi już mało, mniej taksówek na ulicach, zamykają się rolety w sklepach i barach. Godzina 23.30. No to jesteśmy w dupie - nie polecam wjeżdżać na wieczór do stolicy Syrii. Padamy z nóg. Postanawiamy założyć plecaki i pójść w miasto licząc na to, że coś się stanie. Zdaje się, że dołączyliśmy do pocztu męczenników z tego placu. Ulice puste, dochodzi północ. Zamieniamy kilka słów z wyprężonym na baczność strażnikiem jakiegoś budynku rządowego, który gadać chciał, ale głową ruszać nie mógł. Dziękujemy kilku taksówkarzom, którzy za 10 USD chcieli nas dowieźć do Placu Męczenników "gdzie jest dużo dobrych i tanich hoteli" oraz pewnemu facetowi, który za jedyne 50 USD chciał nam wynająć apartament do rana. Wróciliśmy prawie do miejsca, gdzie wysiedliśmy z autobusu. Dostrzegamy bazę maszyn budowlanych i lampę palącą się w budce stróża. Postanawiamy zagadać. Łebski koleś od razu pokumał o co chodzi i zaoferował pomoc. Do 6 rano udostępnił nam biuro szefa bazy, zaznaczając, że wtedy zaczną się schodzić pracownicy, a my będziemy musieli się zbierać. W biurze wielkie biurko, głęboki skórzany fotel i wielki portret prezydenta nad nim. Do tego wentylator na trójnogu. Tak więc rozłożyliśmy na podłodze tego biura karimaty, skierowaliśmy na siebie wentylator i poszliśmy spać.

Szklaneczka herbaty o poranku w Damaszku
Szklaneczka herbaty o poranku w Damaszku
Ruch na bazie zrobił się już o 5.30, więc spać się dalej nie dało. Wychodzimy z biura, a uśmiechnięty stróż wpycha nam w ręce małą szklaneczkę herbaty. Ciężarówki i koparki grzeją już silniki, dwóch facetów grzebie pod maską spychacza, a nad Damaszkiem wstaje słońce. Zabieramy walizki, dziękujemy naszemu dobroczyńcy i idziemy w miasto. Zaczyna się niedziela, 8 sierpnia 2004 roku. Nasz dzień w Damaszku. Idziemy tymi samymi ulicami, które teraz wyglądają jednak o wiele przyjemniej. Pierwsze marszrutki rozwożą ludzi do pracy. Nami nikt się nie interesuje. Po raz trzeci od wczorajszego wieczora przechodzimy przez Most Assada nad małą i paskudną rzeczką. Zmierzamy w kierunku ulicy Bahsa oraz Placu Męczenników. Wiemy, że na szukanie hotelu za wcześnie, zatem postanawiamy dospać jeszcze parę godzin pod palmami w zadbanym parku. Brama wejściowa zamknięta, więc przełazimy przez niewysoki płot. Ładnie przystrzyżona trawka, te palmy i śpiący menele na ławkach. Karimaty rozwijamy pod krzakiem, bo słońce będzie się wspinać do góry. Z daleka widzimy, jak idzie w naszym kierunku facet z herbatą na tacy. Skąd się wziął to nie wiem. Fajnie być już od rana częstowanym. No to idziemy spać. Dwie godziny później. Przyszli ogrodnicy i włączyli system podlewający trawniki. Trzeba było spieprzać, zresztą był to już dobry czas na szukanie miejsca w hotelu. Wracamy do Hotelu Al-Rabie, w którym 12 godzin wcześniej usłyszeliśmy "sorry, full". Teraz problemu nie ma. Możemy wybierać miedzy miejscem na dachu (150 SP) lub miejscem w dwójce z wentylatorem (250 SP). Bierzemy pokój. Tutaj przednia strona wizytówki tego hotelu (click) 37 kB, a tu mapka z odwrotu (click) 56 kB. Po prysznicu idziemy na miasto. To dobra pora, bo do południa gorąco jeszcze nie jest. Tak więc po kolei i jedno po drugim.

Meczet Umajjadów w Damaszku wieczorem
Meczet Umajjadów w Damaszku wieczorem
Wpadamy na Plac Męczenników, aby zjeść kebaba. A potem po kolei i szybko : pomnik Saladyna, który znajduje się pod murami starego miasta, spacer uliczkami wspaniałego krytego bazaru i kilka spojrzeń na Meczet Umajjadów z zewnątrz. Prawdziwe zwiedzanie zostawiamy na wieczór. Z braku lepszych ofert popołudnie postanowiłem przespać. No i mamy wieczór. Już chłodno i robi się ciemno. Teraz miasto nabiera uroku. Po ulicach fruwają taksówki, po chodnikach turbanowcy ze swoimi zaczadorowanymi kobietami. Klaksony, zapach spalin i arabska muzyka. Już nam się podoba. W cukierni w pobliżu pomnika Saladyna kupujemy wspaniałe lody wodne - cała szklanka pełna cytrynowej zamarzniętej wody za jedyne 10 SP. Polecam. Po 3 kolejkach ruszamy na zwiedzanie starego miasta. Główna alejka krytego bazaru naprawdę robi wrażenie, szczególnie sklepy ze złotem i dziury w blaszanym dachu przez które wpada światło - wygląda to jak rozgwieżdżone niebo. Alejka prowadzi prosto do Meczetu Umajjadów. To na pewno największa atrakcja tego miasta, więc nie możemy jej ominąć. Bilety wstępu obowiązują tylko turystów zagranicznych - 50 SP, a zniżek nie ma (click) 25 kB. Do biletu darmo dokładają szlafrok, którym mężczyźni mogą zasłonić nogi w nieprzyzwoitych krótkich spodenkach, a kobiety swe wyuzdane ramiona. Obiektywnie wyglądałem w tym wdzianku dosyć osobliwie. A meczet w środku robi wrażenie. Masa wiernych nie wydaje się być zainteresowana turystami. Można wszystko zwiedzić, można robić zdjęcia. Potem, zwyczajem miejscowych, siadamy na posadce dziedzińca i patrzymy na granatowo-wieczorne niebo. Naprawdę warto zobaczyć to miejsce. Na koniec jeszcze zwiedzamy niezbyt okazałe Mauzoleum Saladyna położone na zewnątrz właściwego kompleksu świątynnego. Meczet odfajkowany. Pozwiedzamy sobie uliczki starego miasta. Łazimy i oglądamy : sklepy z "antykami", sklepy z dywanami, knajpy, fryzjerów przy pracy, rzeźników pastwiących się nad krową wiszącą na haku oraz opasłych cukierników. Coś nam jednak nie pasuje w tym wszystkim. Po dłuższej chwili stwierdzamy, że tutaj nie śmierdzi ! Nie ma rynsztoków z gnijącymi odpadkami roślinnymi - to nienaturalne. Potem jeszcze jedna czy dwie medresy, dzielnica chrześcijańska i rzymska brama. Damaszek wieczorem jest naprawdę piękny. Zmęczeni wracamy do hotelu. Ostatnia doba była rewelacyjnie pokręcona.


Foto (foto109) (foto110) (foto111) (foto112) (foto113) (foto114) (foto115) (foto116) (foto117) (foto118) (foto119) (foto120)


11. Autostopem z Damaszku do Ammanu


Siostra na granicy syryjsko-jordańskiej
Siostra zbliża się do syryjskiej odprawy granicznej w Dar'a
No to Damaszek zwiedzony. Mamy poniedziałek, 9 sierpnia 2004. Plan na dziś : dojechać do Ammanu w Jordanii. Mamy cały dzień i raptem 200 km. Nie mamy powodu się spieszyć, więc nie skorzystamy z bezpośredniego autobusu (300 SP), lecz pojedziemy stopem. Około 10 rano opuszczamy gościnny i miły hotel. Powolnym spacerkiem idziemy na dworzec autobusowy Bab Musala, gdzie mamy zamiar znaleźć tani autobus do Dar'a - ostatniego syryjskiego miasta przy granicy z Jordanią. Spacerkiem - napisałem - więc się nie spieszymy. Mijamy wejście na Stare Miasto i pomnik Saladyna, zostawiamy po prawej burdele z placu Męczenników, w naszej ulubionej lodziarni kupujemy sobie jeszcze raz szklankę z żółtym lodem wodnym (cena jak pamiętacie 10 SP) i idziemy. Dworzec Bab Musala znajduje się około 2 km na południe od hotelu. Nieco ponad pół godziny marszu. Ledwie weszliśmy na plac przed dworcem, a już nas dopadł naganiacz i niemalże siłą wsadził do autobusu. Chwila nie minęła i już jechaliśmy do Dar'a. Cena 50 SP od osoby. Naganiacz, o twarzy odchudzonego Krzysztofa Krawczyka, wypieprzył z siedzeń dwóch tubylców żeby zrobić na miejsce dla mistera i madamme Bulanda. No to komfort. Do Dar'a jest 103 km i 2 h jazdy. Krajobraz za oknem półpustynny, trochę wiosek, kamieniste pagórki i masa ciężarówek jadących autostradą z Jordanii. Co jakiś czas na poboczu plansza z mordą jednego czy drugiego Assada. I jesteśmy w Dar'a. Jest południe. Dworzec autobusowy nieco oddalony od centrum. Nas interesuje jak dotrzeć do granicy. Przewodnik milczy o tej miejscowości, a my nie wiemy gdzie iść. Taksówkarze z dworca autobusowego za kurs do granicy liczą sobie 300 SP - to akurat tyle ile kosztuje bilet na autobus Damaszek - Amman. Zatem dziękujemy. Wypytuję jednego, potem drugiego faceta i już mniej więcej wiem co i jak. Trzeba iść do centrum (2 km), potem jeszcze 2-3 km i granica. Spieszyć się nie musimy, więc najpierw falafel w dworcowym barze (taniej niż w Damaszku, bo tylko 10 SP), potem poszukiwania szamponu, bo akurat się skończył. Nie jest problemem kupić szampon w Syrii, problemem jest jednak upodobanie Syryjczyków do 5 litrowych butelek. Na szczęście znalazłem szamponetki za 2 SP od sztuki. Na koniec litrowa butelka lodowatej coli (25 SP) i plecaki na ramię. Szybko odechciało nam się iść - skwar jak cholera, spokojnie 40 stopni na plusie. Łapiemy trójkołową miniciężarówkę made in Japan wiozącą butle gazowe. Dojeżdżamy nią do centrum, akurat pod dworzec kolejowy. A musicie wiedzieć, że dworzec kolejowy w Dar'a ma swoją historię. To tutaj został złapany przez tureckich żołnierzy Lawrence z Arabii, gdy, przebrany za Araba, rozpoznawał ruch pociągów wojskowych. Mało tego mili żołnierze tureccy, gdzieś w budynku stacji kolejowej, mieli z nim okoliczność. Patrząc na tę stację trudno w to uwierzyć. Idziemy dalej. Jesteśmy sporą sensacją dla mieszkańców miasta. Pytamy się o "Jordan" - ludzie wskazują nam drogę do granicy. Po chwili dostrzegamy drogowskaz i już sami sobie radzimy z zakrętami na kolejnych skrzyżowaniach. Dosyć zagmatwane jest dojście do tej granicy i łatwo pójść w złą stronę. Idziemy poboczem. Zatrzymuje się facet w samochodzie i oferuje podwiezienie do granicy. No to wsiadamy. Myślałem, że za friko, ale szybko okazało się, że skurczybyk chciał zarobić. I to w dodatku nie mało, bo 10 USD za 2 czy 3 km. Macie pojęcie ? Przecież za 10 USD można kupić w tym kraju 70 litrów ropy ! No ale nadział się. Przedłużam rozmowę, udaję, że nie rozumiem, opowiadam mu o pięknej Polsce - bo auto jedzie, a do granicy coraz bliżej. W końcu mówię, że dziękuję. Chłop zatrzymał się i awantura. Myślał palant, że znalazł frajerów, a tu suprise. Olewamy go.

Król Jordanii z familią
Król Jordanii z familią
Z miejsca w którym wysiedliśmy było może 300 metrów do syryjskiego terminala granicznego. Mijamy pożegnalny poster z mordami Assadów i wchodzimy na granicę. Procedurę już znamy. W budynku oznaczonym jako "Departures" ustawiamy się przy okienku "Foreigners" i bez bólu dostajemy stemple do paszportu (click) 21 kB. Tam też zabierają nam kartę imigracyjną. Po odprawie pozostaje już tylko znaleźć auto do jordańskiego punktu odprawy granicznej, który jest 4 km dalej (wg syryjskich żołnierzy). Można iść piechotą, ale pamiętajcie, że było 40 stopni na plusie. Zatem siadamy w cieniu granicznego meczetu (w jego podziemiach darmowa toaleta i kran z superzimną wodą) i wypatrujemy auta, które mogłoby nas przewieźć na jordańską stronę. Samochodów sporo. Większość jednak to żółte taksówki komunikacji międzynarodowej (to taki lokalny specyfik), a więc trzeba płacić. Podjeżdża wreszcie autobus pełen hiszpańskich turystów. Idę zagadać z szoferem. Ten nic nie kumał w ludzkich językach, ale znalazł się pilot. Wyłuszczyłem mu problem. Pilot naradził się z kierowcą i oznajmił, że mogą nas zabrać te 4 km do jordańskiej odprawy, ale nie dalej i to za 20 USD. Nie miałem sił się śmiać. No to siedzimy znowu w cieniu meczetu. Wreszcie podjeżdża prywatne auto z samym tylko kierowcą. Wreszcie normalny człowiek. Parę słów i możemy wsiadać. Facet poszedł do budynku po pieczątkę do paszportu i gdy tylko wrócił ruszyliśmy do Jordanii. Przed szlabanem jeszcze kontrola stempli w paszporcie i Syria się kończy. Droga prowadzi przez wygrzane słońcem pagórki niemalże pozbawione roślinności. Faktycznie będzie 4 km. Już widać jordańską flagę i dwa wielkie portrety. Jeden to król Husajn, który zmarł na raka w 1999 roku, a drugi to jego syn i następca król Abd Allah II. Nasz kierowca ustawia się na końcu długiej kolejki samochodów do odprawy celnej i informuje, że najlepiej abyśmy wyszli i poszli dalej piechotą, gdyż on będzie stał w tej kolejce raczej nie krótko. Szczerze mu dziękujemy. No to idziemy. Mijamy kilkadziesiąt taksówek w tej kolejce i podchodzimy do odprawy celnej. Celnik przerwał kontrolę pierwszego z samochodów, podszedł, miło zagadał, pomacał plecak w poszukiwaniu twardych przedmiotów, na koniec rzucił "Welcome to Jordan" i wskazał budynek odprawy paszportowej. Na nim znany już nam napis "Arrivals". Żołnierz w okienku przewertował paszport i stwierdził, że musimy wykupić wizę w pomieszczeniu obok. Tam przy biurku znudzony koleś informuje, że cena to 10 dinarów jordańskich, a bank jest za ścianą. W banku też nudy. Jordańczycy nazywają w skrócie swoją walutę, tak pieszczotliwie i z angielska, "dżej di" czyli "JD". Dla nas prościej na odwrót. Kurs walut : 1 USD = 0,70 JD, 1 Euro = 0,84 JD. Tutaj jako ciekawostka kwit z wymiany kasy (click) 21 kB. Gdyby ktoś chciał zobaczyć jak wygląda jordańska forsa to (click) tutaj. No to wracamy do szefa od wiz. Dajemy mu po 10 JD i patrzymy jak wszczyna procedurę wizowania. Najpierw odrywa z arkusza znaczek skarbowy na kwotę 10 JD, potem obrzydliwie go ślini i przylepia w paszport, na niego nabija stempel wizowy, którego rubryki wypełnia długopisem i na koniec na tym przykleja przeźroczystą folię po to chyba, aby nikt nie manipulował przy treści wizy. Z wizami wracamy do okienka dla foreignersów po stempel. No i tyle. Wiza ze stemplem wjazdowym (fioletowy) wygląda tak (click) 48 kB. Jesteśmy w Jordanii !

Zabudowa Ammanu
Zabudowa Ammanu
Jest punkt 15.00. Teraz trzeba znaleźć tylko stopa dalej. Z granicy widać zabudowania pierwszej miejscowości w Jordanii (2-3 km dalej). To miasto Ramtha, które dało nazwę przejściu granicznemu. A my musimy znaleźć coś co jedzie dalej, bo butować do Ramthy na autobus nam się nie chce. Najlepiej, aby to coś jechało od razu do Ammanu. Upatrzyłem sobie dwóch turbanowców, którzy jechali samochodem na blachach z Saudi Arabia i którzy mieli tylne miejsca w aucie wolne. Poczekałem przy ich aucie aż wrócą z odprawy paszportowej i zagadałem. No i mamy co chcemy : Amman. Gotowi byli zabrać nas do Rijadu, ale kto nam załatwi wizę ? Pakujemy walizki do bagażnika, wskakujemy na te tylne siedzenia, dostajemy od turbanowców po puszce Coli i ruszamy. Pełen wypas. Przy wyjeździe ze strefy granicznej jeszcze kontrola stempli w paszporcie i możemy bez obaw powiedzieć : jesteśmy w Jordanii ! Krajobraz po drugiej stronie taki sam, wioski podobne, droga podobna. Jedyne co się zmieniło to to, że portrety Assadów na poboczu zastąpiły podobizny obecnego króla Jordanii i jego starego. Miło nam się gadało z chłopakami z Saudi Arabia w ich klimatyzowanej furze. Autostradą szybko pokonaliśmy 90 km z granicy do Ammanu. Mijamy kolejne ronda i skrzyżowania zbliżając się do centrum, a w zasadzie do Down Town, gdzie znajduje się większość zabytków i tanie hotele. Amman już na wstępie zszokował nas swoim wyglądem, a dokładnie zabudową. Miasto rozłożone jest na kilkunastu chyba wzgórzach, które dosłownie "obrośnięte" są gęsto zabudowanymi identycznie pudełkowato-kwadratowymi domkami w kolorach białym i piaskowym. Wszystko identyczne. Z auta wyskakujemy w samym centrum Down Townu pod Meczetem Husajna i nieopodal amfiteatru. Alę zostawiam w cieniu, a sam idę szukać hotelu. Trochę się obawiałem, że powtórzy się sytuacja z Damaszku. Na wyrost. Bez trudu znalazłem Hotel Al-Majd. Tutaj wizytówka (click) 21 kB. Za miejsca w czystym pokoju dwuosobowym z łazienką, niedziałającym telewizorem i dużym wentylatorem, w który później wkręcą mi się gacie, gdy będę ja na nim suszył, płacimy po 3 JD od osoby. Dochodzi 18. Plan na dziś spełniony. Wieczór spędzamy na mieście. Jakaś kanjpa, potem kebab (w Jordanii są dwa razy mniejsze niż w Syrii i dwa razy droższe - cena zwykle 0,4-0,5 JD) zaprawiony falaflem (0,25 JD), lodami i herbatą w specjalnej pijalni. W mieście wyłączyli prąd. Obijamy się na chodniku o ludzi - nic nie widać. Tylko zapachy z restauracji, dym fajek wodnych i światła taksówek na ulicach. Na koniec siadamy na ławce pod amfiteatrem i patrzymy w niebo na światła lądujących na pobliskim lotnisku samolotów. Światło włączyli - wracamy do hotelu.


Foto (foto121) (foto122) (foto123) (foto124) (foto125) (foto126) (foto127) (foto128) (foto129) (foto130) (foto131) (foto132)


12. Jedziemy nad Morze Martwe


Nad Morze Martwe prosto !
Nad Morze Martwe prosto !
Kolejny dzień wyprawy - wtorek, 10 sierpnia 2004. Jednym z zasadniczych celów wyprawy była kąpiel w Morzu Martwym. Nadszedł na to czas. Amman rano wygląda jakby spał. Idziemy prawie pustymi ulicami w poszukiwaniu ulicy Al-Quds, na której ma się znajdować postój minibusów do Suwaymah nad Morzem Martwym (strona 90, punkt 28 na mapie w przewodniku). Chociaż jest po 10 to samochodów na ulicach bardzo mało, rolety większości sklepów i barów jeszcze zamknięte. A słonko już mocno ogrzewa pudełkowate domy stolicy Jordanii. Na ulicy Al-Quds nie ma i nigdy nie było postoju minibusów do Suwaymah ! Tak wyjaśnił po rosyjsku wykształcony w Moskwie aptekarz z tej ulicy. Zaprawdę powiadam - fajny przewodnik kupiliśmy. Na szczęście aptekarz i jego kumple pomogli nam w dostaniu się na dworzec autobusów w interesującym nas kierunku. Chłopaki, wyskakując na jezdnię, zatrzymali autobus miejski do którego nas wsadzili (płaci się po 0,05 JD wrzucając pieniążek do skarbonki umieszczonej obok kierowcy). Parę ledwie minut jazdy i jesteśmy na miejscu. Nie piszcie i nie pytajcie, gdzie dojechaliśmy - numeru autobusu nie zauważyłem, a potem on kręcił takie wywijasy po Ammanie (w tym mieście nie ma skrzyżowań, są za to same ronda), że w końcu nie wiem, gdzie dojechałem. W każdym bądź razie trafiliśmy prosto na mały dworzec autobusowy z którego odjeżdżać miały minibusy do tego Suwaymah. Ktoś wskazuje ponoć właściwy, więc włazimy. Zdążyłem jeszcze tylko kupić super herbatę z kory, którą rozlewał pasażerom młody chłopaczek z wielkiego czajnika (0,10 JD). Fajna sprawa - polecam poszukać, gdy będziecie w Jordanii. Po kilku minutach zebrał się komplet pasażerów i ruszyliśmy. Cena przejazdu 0,70 JD (70 km, 1 h). Kierowca sprawnie uporał się miejskim trafficem i wyjechał na autostradę w kierunku Morza Martwego i granicy z Izraelem. Droga cały czas prowadzi w dół. Nie może to dziwić skoro Amman leży +/- 700 m n.p.m., a Morze Martwe wyznacza poziom najgłębszej depresji na Świecie (coś koło - 400 m p.p.m.). Mijamy kilka wojskowych punktów kontrolnych. Zawsze tak samo : mała zatoka obok jezdni, portret króla na wielkiej planszy, zaparkowany Humvee Hummer w piaskowym kolorze z karabinem maszynowym na dachu i żołnierz wchodzący do autobusu by skontrolować dokumenty. Tylko ta kontrola bez sensu, gdyż absolutnie pobieżna. Widać już błękitną taflę Morza Martwego, a za nim góry już w Izraelu. Na kilka kilometrów przed granicą zjeżdżamy z autostrady na drogę prowadzącą wzdłuż morza w kierunku południa Jordanii. Jeszcze kawałek i Suwaymah. Większość pasażerów wysiada, a kierowca robi krótką przerwę. Wychodzę zobaczyć co się da. Na początku myślałem, że silnik się tak nagrzał, albo może hamulce od tego zjeżdżania. Ale nie. Jak tam było gorąco ! W tej pieprzonej depresji istny kocioł. Nawet nie chodzi o temperaturę (a ta spokojnie koło 40 na plusie), ale o wilgotność. Uciekłem do autobusu. Kierowca wrócił i powiedział, że podrzuci nas 3 lub 4 kilometry dalej, nad sam brzeg morza.

A to ja w Morzu Martwym
A to ja w Morzu Martwym
Dobra jesteśmy. Facet wysadził nas obok Gouverment Rest House w budowie (a w przewodniku napisali, że działa w najlepsze ?!), a w zasadzie obok budy robiącej za sklep, wypożyczalnię sprzętu do pływania i biuro prysznicowe. Do brzegu morza 200 metrów. Skwar jak jasna cholera. Godzina 14. Siadamy w cieniu pod tą budą i kupujemy małą Colę (200 ml za 0,20 JD). No ale nie po to tutaj przyjechaliśmy. Idziemy na plażę. Dzika plaża. Zero istot człowieczych w zasięgu wzroku. Zakładamy bazę, morze faluje. Parno i gorąco coraz bardziej. Na boso nie da się ustać na piasku - trzeba włazić w wodę. Zupa. Chyba podobną temperaturę miała woda w Zatoce Perskiej w tym pieprzonym Busherze w Iranie. Lekko 35 stopni. Od razu rzucam się w wodę, aby sprawdzić, czy rzeczywiście można się położyć. Jak byłem mały ojciec mi opowiadał, że jest takie miejsce na Świecie. Wierzyć mi się nie chciało, więc postanowił sprawdzić przy najbliższej okazji. Czekałem ponad 20 lat, ale udało się. Rzeczywiście położyć się można. Najlepiej na plecach. Wtedy tak śmiesznie nogi do góry wypycha. Dziwne, że kamienie leżą na dnie, a nie pływają ? To chyba coś z tą gęstością - nie wiem - miałem "dosta" z fizyki. Kto wie nich pisze i mi wytłumaczy. Woda tak słona, że od razu poczułem wszystkie obtarcia na nogach i kilka miejsc po ukąszeniach komarów na plecach (przewodnik informuje, że stężenie soli tutaj wynosi 24 %, a w "normalnych" morzach 4 %). Leżę sobie na wodzie i patrzę w kierunku gór Izraela. Tam nie jest dalej jak 5 km. Odpłynąłem jeszcze trochę od brzegu i przyjąłem w wodzie pozycje pionową. Dosłownie można chodzić w wodzie. Można się zatrzymać, nie ruszać ani rękoma, ani nogami i po prostu stać w wodzie. Niezwykłe uczucie. Do tego jeszcze naleciało mi do nosa i oczu, gdy chciałem położyć się na brzuchu. Zwariować się da z bólu. Wyłażę z wody i daję zmianę siostrze. Na brzegu pełno śmierdzącego mułu - na fotkach z reklamowego folderu Ministerstwa Turystyki Jordanii widziałem, że wszyscy się tym smarują, więc i ja próbuję. Fajnie, bo robi się zimno i słońce chyba też nie poparzy. A poza tym to, gdy Schwarzenegger się wysmarował mułem, to Predator go nie zauważył. Zatem polecam. Szybko stwierdzamy, że tego upału wytrzymać się nie da. Siostra dodaje, że Schwarzenegger ma teraz bypassy, a my problemy z wysychającą na nas solą. Napełniamy małą buteleczkę wodą z morza na pamiątkę i czym prędzej wracamy do tego baru, pod który przyjechaliśmy autobusem. Idziemy krokiem średniowiecznego rycerza w zbroi. Oblepiła nas skorupa soli - zawiasy stawowe ledwo się ruszają. Z fascynacją obserwuję sztywny od soli jak deska ręcznik, który w dodatku waży ze 2 kilogramy, a jest suchy. Ala jaja. Dopełzamy do tego baru i dajemy babie po 1 JD za prysznic. To było jak zmartwychwstanie. Słodka woda przywraca nas dla Świata. Po kolejnej Coli za 0,20 JD, gdy wskazówka zegara minęła cyfrę 4, ruszamy na stopa do Ammanu. Droga przechodzi 500 m dalej, widać liczne samochody, więc jest nadzieja, że jakoś nam pójdzie. Przebijamy się przez skąpe krzaki i strumyki spływające ze zboczy gór do morza, w których kamienie są "lukrowane" wyschniętą solą. Trudno uwierzyć w to, co się widzi. Wyłazimy na jezdnię. Powietrze faluje nad asfaltem. Tuż obok wojskowy punkt kontrolny - sierżant o niezbyt wyjściowej gębie pozdrawia nas machając ręką. Pierwsze dwa auta przejechały, trzecim okazała się ciężarówka z pomidorami jadąca do Ammanu. Wiem, bo kierowca się zatrzymał żeby nas zabrać. W środku on, czyli Ibrahim, oraz masa frędzli zasłaniających widok przez przednią szybę. Do Ammanu dojechaliśmy odpowiadając na 1000 pytań Ibrahima. Wyrzucił nas niedaleko od hotelu. "Operacja Dead Sea" zakończona sukcesem. Idziemy wziąć jeszcze pięć prysznicy, bo czujemy się słono.


Foto (foto133) (foto134) (foto135) (foto136) (foto137) (foto138) (foto139) (foto140) (foto141) (foto142) (foto143) (foto144)


13. Madaba, Mt. Nebo i Kerak czyli autostopem do Petry


Agawy na Górze Nebo
Agawy na Górze Nebo - gdzieś za horyzontem Jerozolima
Z Ammanu na południe Jordanii prowadzą trzy drogi : jedna wzdłuż Morza Martwego, autostrada przez pustynię (z angielska nazywana Desert Highway'em), a pomiędzy nimi tzw. Droga Królewska. Droga nad Morzem Martwym jest pewnie cholernie gorąca, a pustynną autostradą będziemy wracać do domu. Za to Droga Królewska prowadzi przez wszystkie najciekawsze miejsca w Jordanii - aż do Akaby nad Morzem Czerwonym. Jako, że nie jeżdżą nią w zasadzie żadne autobusy (może poza lokalnymi), to zostaje jedynie autostop. Tak więc wszystko jasne. Jedziemy 280 km stopem do Petry. Drogą Królewską oczywiście. Przydatna będzie mapa (click) 18 kB. Na początek miasto Madaba 40 km od Ammanu, a tam sławna mozaika i pobliska Góra Nebo. Akurat do Madaby z Ammanu nie trudno dojechać busem. We środę 11 sierpnia 2004 około 10 rano opuszczamy nasz całkiem wygodny Hotel Al-Majd i idziemy na autobus. Zgodnie z mapą z przewodnika minibusy do Madaby odjeżdżają z dworca Raghadan, który jest tuż obok amfiteatru, a więc w zasadzie w centrum. Idziemy, idziemy. Ludzie wskazują nam ten sam kierunek, ale ciągle kiwają głowami na znak, że to daleko. Okazało się, że dworzec i owszem jest, ale jakieś 2-3 km dalej niż by to wynikało z tego pieprzonego Pascala (tyle dobrze, że chociaż kierunek się zgadzał). Na dworcu małe jordańskie falafle za 0,15 JD (brr) i szybki skok do minibusa, który właśnie odjeżdżał. Za przejazd do Madaby płaci się 0,30 JD do ręki pomagiera kierowcy. Patrzymy sobie przez okna na kwadratowopudełkowate domy Ammanu i żegnamy się ze stolicą Jordanii na 5 dni. Niecała godzina jazdy. Madaba, dworzec autobusowy, czas 1200 GMT + 2. Plecaki zostawiamy przemiłym dworcowym fryzjerom i walimy oglądać miasto. Miłe dosyć - trzeba dodać. Jako, że Pascal traktuje o nim nader oszczędnie, byliśmy zmuszeni radzić sobie sami. Jest tu ponoć, w Cerkwi Św. Jerzego, warta zobaczenia antyczna mozaika przedstawiająca mapę Bliskiego Wschodu. Tyle, że gdzie jest cerkiew, to nie napisano. Widzimy kościół na szczycie górki. Gdy już wleźliśmy na górę, to okazało się, że to kościół najwyraźniej katolicki - z daleka widać duży portret Karola W. w Świecie bardziej znanego jako JP-2. Na szczęście spod jego bramy dostrzegliśmy cerkiew. Wejście do środka kosztuje 1 JD (click) 12 kB, a mozaika lepiej wygląda na fotkach w folderku, który można kupić w kasie. Nie warto. Ala zrobiła dobry interes i postanowiła odpuścić sobie tę atrakcję. Czas na drugi punkt programu, czyli na Górę Nebo. Z Madaby jest tam 10, a może 12 km. Akurat droga prowadząca na "Mt. Nebo" (trzeba wyglądać brązowych znaków z takim napisem) przebiega tuż obok Cerkwi Św. Jerzego i prowadzi do wsi o nazwie Al-Quwayjiyah, z której już tylko 1 km do celu. Można podjechać do wsi minibusem (0,20 JD), a ten ostatni kilometrowy odcinek podejść piechotką (jest płaski, więc no problem) - można też postopować. Mamy czas, więc wybieramy wariant drugi. Stoimy sobie na wylocie z Madaby, pod minaretem, i czekamy. Kierowcy sami się zatrzymują i oferują powiezienie do celu : za 3 - 10 JD. Tłumaczymy sobie, że proponowane przez nich ceny są skutkiem wysokiej temperatury, którą nie każdy musi znosić dobrze. Stopujemy dalej, bo wiemy, że na tej wyprawie autostopowe szczęście nas nie może opuścić. Siła wiary jest duża. Po 10 minutach zatrzymuje się "civil engineer", który akurat budował restaurację i sklep z pamiątkami na samym szczycie Mt. Nebo. No i jak z naszym szczęściem ? Pan kierownik budowy zapisał się złotymi zgłoskami w historii jordańskiego autostopu. Wysadził nas na samym szczycie góry. Akurat dziwna to góra. Od strony Madaby jest bowiem płasko (spokojnie można tutaj przejść ten kilometr ze wspomnianej wcześniej wioski), a po drugiej stronie otwiera się kilometrowa "dziura", a w niej Morze Martwe. Mt. Nebo to punkt widokowy, z którego ma być widać morze, a nawet kopuły kościołów w Jerozolimie. No akurat, gdy my tam byliśmy, to nie było widać ani tego, ani tego. Z Góry Nebo wyglądać miał Ziemi Obiecanej sam Mojżesz, więc, jakieś 4000 lat później, usadowili się tu Franciszkanie ze swoim klasztorem i kasują po 0,50 JD za wejście. Tu bilet (click) 12 kB, a tutaj folderek dodawany do biletu jako gratis (click) 20 kB. Warto zobaczyć kościół w środku, a na zewnątrz krzyż skierowany na Izrael i mały pomost widokowy z którego patrzał w tamtą stronę w 2000 roku, wspomniany już, JP-2. Wcale nie chciałem, aby sprzedawca pamiątek ze straganu mieszczącego się na parkingu przed kościołem dał nam za darmo ładną butelkę z jordańskim piaskiem, za którą wcześniej żądał od Francuza 3 JD. Wcale też nie chciałem, aby kierowca marszrutki, którą wróciliśmy do Madaby odmówił przyjęcia pieniędzy. Jego "no money, my friend" oznaczało, że tego dnia dobrych ludzi na naszym szlaku nie brakowało. A miało być jeszcze lepiej.

Stara(y) Adilla, ja i Adill
Adill, jego Stara(y) i ja, a w zasadzie to Stara(y) Adilla, ja i Adill
Dochodziła 16.00. Od dworcowych fryzjerów odebraliśmy plecaki i na krawężniku przy którym gniły roślinne odpadki oraz z kartonem po saudyjskim szamponie pod dupą zjedliśmy lunch, albo jak kto woli znowu falafle (0,15 JD). Jak może pamiętacie generalnie naszym celem była Petra od której dzieliło nas jeszcze jakieś 240 km. Konieczność zjedzenia do końca falafla była ostatnią rzeczą, jaka nas trzymała w Madabie. Jako, że w kierunku Petry Drogą Królewską nie jeździ z Madaby nic, co by wyglądałoby na autobus, to zostaje jedynie autostop. Zresztą gdyby było inaczej, to i tak pojechalibyśmy stopem. Pierwszym większym miastem w interesującym nas kierunku jest Kerak. To mniej więcej 100 km na południe od Madaby. Wychodzimy z dworca - ludzie pokazują nam kierunek w którym musimy iść. Już z daleka dostrzegliśmy fajne zacienione miejsce do łapania stopa. 200, może 300 m przed nami. Nie dane nam było jednak tam dojść, gdyż jak wiecie tego dnia mieliśmy szczęście. Zatrzymała się furgonetka z uśmiechniętym kierowcą. Nikt go nie zatrzymywał. Facet mówi, że on "love" wszystkich turystów i że w ogóle mama z tatą go zrobili tylko po to, żeby podwozić autostopowiczów z Polski. No i że w dodatku jedzie prosto do Kerak. Trzy następne godziny, jakie razem spędziliśmy, będziemy zawsze pamiętać. Fajnie nam się rozmawiało z Adillem, bo tak miał na imię. Jechaliśmy Drogą Królewską na południe Jordanii, mijaliśmy kolejne wioski, stada owiec i cieszyliśmy się rozmową z naszym dobrodziejem. Największą atrakcją tej trasy jest potężny Wadi Al-Mawjib. Wąwóz o kilometrowej głębokości na dno którego droga zjeżdża niesamowitą serpentyną, tam prowadzi po szczycie zapory tworzącej sztuczne jezioro i wspina się w podobny sposób na przeciwległe zbocze. Ten kanion jest niesamowity. Kierowca przed wjazdem do wąwozu kupił nam w wiejskim sklepie po soczku z mango, a samemu rąbnął setkę z sokiem tłumacząc, że jak tędy jedzie zawsze musi sobie golnąć dla odwagi. Faktycznie po tym, jak się napił, to gacie mieliśmy pełne. Po południowej stronie wąwozu krajobraz robi się momentalnie pustynny. Adill stwierdził, że nie obędzie się bez prezentacji naszych skromnych person jego starej i zaproszenia na obiad. Zaznaczył, że mamy jej nic nie wspominać o tym, że lubi sobie golnąć, bo żona jest głęboko wierząca, choć nie koniecznie katoliczka. Dom Adilla znajduje się we wsi Ar Rabbah 14 km na północ od Keraku. Zajeżdżamy na pokój gościnny. Po chwili przychodzi żona naszego dobroczyńcy. On nas uprzedził, że jest Czerkieską - to naród uciekinierów z carskiej Rosji, którzy przed prześladowaniami dotarli aż na Bliski Wschód. Faktycznie baba wyglądała jakoś tak inaczej niż większość kobiet w tych stronach. Nas zaciekawiły jej niezwykle duże dłonie. Już zacząłem się obawiać, czy aby nie jest to jego przebrany wspólnik i czy czasem nie planują wspólnie obrobienia nas. No ale, gdy się odezwała, to się uspokoiłem. Ala mówi, że może transwestyta ? Obiad był dobry. Facet zawiózł nas te 14 km do Keraku i gdy mieliśmy wysiadać oświadczył, że nie puści nas póki nie zobaczymy jeszcze zamku w tym mieście. No i podwiózł nas na sam szczyt cholernie stromej góry na której znajdują się ruiny twierdzy krzyżowców. Bilet wstępu kosztuje 0,50 JD i zawiera 50 % upust od ceny normalnej z lat ubiegłych, a to z uwagi na - jak oświadczył kasjer w okienku -"for no tourist". Bilet (click) 24 kB. Zamek to kupa - nie wartych fatygi - gruzów z ładnym widokiem na przepaść, nad którą go wybudowano. Największa jego atrakcja, czyli podziemne cysterny, zamknięte na kłódkę, więc już po kwadransie byliśmy zwiedzeni. Nasz przyjaciel czekał z gablotą. Odwiózł nas rozjazd z którego odchodziła droga na południe, pożegnał się, wyściskał i zamartwiając jak przeżyjemy noc (dochodziła 19.00, a o tej porze w Jordanii w połowie sierpnia robi się już ciemno) odjechał do domu. Będziemy go wspominać niezwykle ciepło - jeden z najsympatyczniejszych ludzi, jakich spotkaliśmy na Bliskim Wschodzie. Jesteśmy zatem z powrotem na Drodze Królewskiej, do Petry 160 km. Czas na nowe przygody.

W autobusie ze szwaczkami
Na południe od Kerak - w autobusie ze szwaczkami
Jeszcze nie przestaliśmy machać Adillowi, kiedy zatrzymał się autobus, a w nim około 50 rozwrzeszczanych dziewcząt i kilku facetów. To do domu wracała druga zmiana z fabryki galot i innej konfekcji (czyli szwaczki), a my zgodnie z życzeniem kierowcy mieliśmy koniecznie jechać z nimi. Tak więc los nakazał nam przejechać się jordańskim przewozem robotniczym. Ludzie nie macie pojęcia co było w środku. Krzyczeli, zadawali pytania, śpiewali, dali nam z kilo cukierków, gum do żucia na całą wyprawę i batoniki dobre także przy biegunce. Zwiedziliśmy 20 wiosek, w których kierowca po kolei wysadzał pracownice tej fabryki odzieżowej. Nie było nam tam specjalnie po drodze, ale przeżycie mocne. Wreszcie wróciliśmy na Drogę Królewską. Tu nas wysadzili. Ciemno i zimno już. Autobus odjechał. Wyciągamy mapę i okazuje się, że jesteśmy w miejscowości o nazwie Al-Husayniyah. Jakieś 20 km na południe tym autobusem jednak podjechaliśmy. W zasadzie nie wiadomo co robić. Kompletne jordańskie zadupie. Z mapy wynika, że droga przed nami będzie schodzić do kolejnego wielkiego wąwozu (Wadi al Hasa). To tylko kilometr w dół. Na poboczach nie ma żadnego miejsca na rozbicie namiotu, namiotu zresztą nie mieliśmy. Założyliśmy po raz pierwszy na tym wyjeździe polary i ruszyliśmy dalej. Ciemno jak wiadomo gdzie. Zimno też. Pierwsze, drugie, trzecie auto przejechało i się nie zatrzymało. Wreszcie przemknął autobus, jakby nie reagując na moje machanie. Chyba spędzimy noc na tym odludziu. Patrzę, a tu autobus zatrzymał się 200 m dalej i wraca. No to jesteśmy uratowani. Podjechał, otwierają się drzwi i co widzę ? To wraca druga partia drugiej zmiany z fabryki galot i innej konfekcji. To było ponad mojej siły. Znowu to samo ! Przejechaliśmy z nimi około 45 km do miejscowości At Tafilah. I całe szczęście, bo po drodze nie było ani jednej wiochy, a wąwóz jak nic miał ten kilometr głębokości. Jest godzina 21. Jedyny hotel w tym mieście splajtował. Co robić ? Siedzimy przed sklepem, jemy to gówno nazywane falaflem. I czekamy co się wydarzy w naszym życiu jeszcze tego dnia. Brat właściciela sklepu doszedł chyba do wniosku, że będziemy wspaniałymi gośćmi w jego domu, więc postanowił zaprosić nas na nocleg. Ten dzień nie mógł się skończyć inaczej, jak tylko dobrze (czytaj : "wygodnie"), gdyż to był po prostu szczęśliwy dzień. Wiozą nas samochodem na chatę, oddają cały pokój i wiadro winogron. Materace były wygodne. Tylko zanim mogłem się położyć musiałem wygonić gospodarza spać, bo miał ochotę gadać, a jak mu już zabrakło tematów, to chciał tylko siedzieć w milczeniu i się na nas gapić. Poza tym to poczciwe z niego chłopisko. Tak się skończyła środa 11 sierpnia 2004 roku. Niesamowity dzień.

Wadi Musa - widok na miejscowość
Dojechaliśmy ! Wadi Musa - widok na miejscowość
Stare ludowe porzekadło mówi : "biesiada się zaczyna, gdy na stole ląduje zwierzyna" - tyle, że tym razem na śniadanie był podeschły falafel i ostatni zdeformowany "trójkącik" sera topionego wyjęty z dna plecaka. Poza tym nasz gospodarz obudził nas przed 7 rano i podziękował za współpracę. Stoimy zatem na ulicy z mocnym zamiarem złapania auta jadącego w kierunku Petry. Na szczęście jego dom znajduje się przy samej Drodze Królewskiej, więc z miejsca, gdzie spaliśmy do miejsca, gdzie właśnie stopujemy było tylko 30 m. 7 rano, 12 sierpnia 2004 - At Tafilah, Jordania . Do Petry dokładnie 100 km. Wstaje słońce malowniczo oświetlając pozbawione jakiejkolwiek roślinności czerwone góry, rolety sklepów zamknięte, aut mało, my stoimy na poboczu i ziewamy. Mija godzina. Nie powiem - kilka auto się zatrzymało, ale każdy z kierowców chciał za podwiezienie kasę. Olało nas też kilka autobusów - niebywałe. Szczęście z dnia poprzedniego nas opuściło. Zatrzymuje się policyjny radiowóz. Zatroskany o nasz los policjant postanawia nam pomóc. Od razu zatrzymał nam minibus, którym za 1 JD od głowy podjeżdżamy 30 km do wiochy Al Qadisiyah. Wysiadamy, a maszyna skręca gdzieś w bok. To ciągle Droga Królewska. Zadupie. Psy na nasz szczekają, dzieciaki rzucają kamieniami. W tym drugim przypadku odpowiadamy ogniem. Silny wiatr pcha nam w oczy piach. Ładny dzień, a jest dopiero 9 rano. Na drodze zero ruchu. Idziemy przed siebie. Do Petry 70 km. Wiatr tak silnie wiał, że nie usłyszeliśmy, jak od tyłu zajechała japońska furgonetka. Kierowca każe włazić. Jedziemy. On mówi, że nie daleko, bo mamy się czuć zaproszeni na stypę. No i po chwili (może 1- 2 km dalej) wysadza nas przy jakimś domu. W ogrodzie masa ludzi, rozstawiony duży namiot, masa psów i dzieciarni. To stypa w Jordanii. Umarła 20 letnia studentka, a my zostaliśmy główną atrakcją trzeciego dnia stypy po niej. Zapraszają nas do namiotu na wyżerkę - może będzie ta zwierzyna. W namiocie siedzą same chłopy (od 5 do 75 lat) - kobiety z tej rodziny świętują pod innym brezentem. Po chwili ląduje przed nami żarcie - zwierzyny brak. Wszyscy faceci, a było ich tam może 30, siedzą w ciszy i patrzą na nas. Tylko róg brezentowego namiotu trzepoce na silnym wietrze, spod niego zawiewa piach. Trochę się głupio czujemy. Wreszcie sprowadzają młodziana mówiącego po angielsku. No teraz to inna gadka - bo tej wcześniej w ogóle nie było. Odzywa się senior rodu - młodzian tłumaczy. Pyta się skąd jesteśmy ? Ja, że z krainy nazywanej "Bulanda" i "że przybywamy w pokoju". Chwila na tłumaczenie i pomruk zadowolenia w tłumie. Starzec prosi, aby mu opowiedzieć o Bulandzie. No to mówię, że jest tam zielono, są rzeki, jeziora, pada deszcz, można chodzić w szortach oraz, że są specjalne sklepy w których sprzedaje się sam tylko alkohol. Nie uwierzyli. Senior pyta co rząd Bulandy daje swoim obywatelom za darmo ? No to mnie zastrzelił. Odpowiadam, że w zasadzie to edukację i służbę zdrowia, choć w tym ostatnim przypadku, to sam chyba nie wiedziałem, co gadam. Chwila na tłumaczenie i ogólne poruszenie wśród zebranych. Stary musiał pacyfikować krewniaków. Potem stwierdził, że w Bulandzie to musi się żyć wspaniale. Następnie wszyscy zebrani skupili się na jedzeniu - tzn. jedliśmy my ze Starym, a reszta była skupiona na nas. Potem była herbata i występ Chóru "Astma". Na koniec, po kilku kolejkach herbaty, zapytano nas, gdzie chcemy być odwiezieni. Poprosiłem o podrzucenie parę kilometrów dalej do rozwidlenia dróg. Senior rodu nakazał to zrobić i kilku krzepkich chwyciło za plecaki, aby je zanieść do furgonety. Tak skończyła się dla nas jordańska stypa we wsi Al Qadisiyah. Na rozstaju dróg staliśmy 30 sekund. Furgonetka jeszcze zawracała, gdy zatrzymała się ciężarówka-chłodnia. My do szoferki, a plecaki do lodówy. Jedziemy do Ash Shawbak - ostatniej większej osady przed Petrą. Kierowca nie był rozmowny. Wysadza nas w centrum, pod minaretem. Z fascynacją patrzę na swój plecak, który wyjęty z lodówy, cały pokryty jest cienką warstwą lodu i niesamowicie paruje. Do Petry 40 km. W Ash Shawbak byliśmy 10 minut. Na pace japońskiej półciężarówki, na której tylniej burcie widniał wielki czerwony napis "TOYOTA", przejechaliśmy ze 3 km. 2 minuty później identyczne auto zabiera nas kolejne 2 km. Do Petry jeszcze 35 km. Znowu pustynne zadupie. Wyciągamy do kierowców łapy w błagalnym geście autostopowicza. Minął nas kolejny pickup, tym razem bardzo wypasiony. Już zdążyliśmy pożegnać kierowcę tego samochodu słowem zaczynającym się na pewną spółgłoskę, gdy nagle auto zatrzymało się 100 m dalej i cofa. W środku facet za kółkiem, dwójka dzieci i matka, która najwyraźniej krzyczy robiąc staremu awanturę, za to, że nie zabrał Białych z pobocza. Po czym cała szóstka się do siebie uśmiechała przez dłuższą chwilę. Jedziemy do Petry. Serpentyna drogi schodzi w dół zboczem góry oferując widok na Wadi Musa - osadę, żyjąc tylko i wyłącznie z Petry, a bardziej z przyjeżdżających tutaj turystów.


Foto (foto145) (foto146) (foto147) (foto148) (foto149) (foto150) (foto151) (foto152) (foto153) (foto154) (foto155) (foto156)


14. Petra i Wadi Musa w piątek "trzynastego"


Skarbiec z Petry i ja
Skarbiec z Petry i ja
W ten sposób pokonaliśmy 280 km stopem z Ammanu do Petry. Jest czwartek 12 sierpnia 2004, południe. Nasi dobrodzieje wysadzili nas na skrzyżowaniu ponad miastem. Schodzimy sobie powoli do centrum Wadi Musa. Widać cała wiochę przyklejoną do przedziwnej w kształcie formacji skalnej w której kryje się Petra. Centrum Wadi Musa to w zasadzie Rondo Shaheed z małym pomnikiem na jego środku. Od razu dopadli nas naganiacze hotelowi. Oferowane ceny niemalże jednakowe. Wybieramy ofertę Hotelu Valentine, bo skusili nas darmowym dowozem do wejścia do Petry. Prowadzeni przez naganiacza przechodzimy pod górkę 300 m od Ronda do hotelu. Cena za miejsce w dwójce z łazienką na korytarzu to 3 JD - rozsądnie. Tutaj ich wizytówka (click) 33 kB z mapką na odwrocie (click) 24 kB. Zależy nam na tym, aby jeszcze tego samego dnia iść do Petry. Szybki prysznic, coś do żołądka i ruszamy. Podwóz do wejścia na teren Petry z hotelu (2 km) rzeczywiście darmowy. W pobliżu kasy biletowej rozmieszczone są sklepiki z pamiątkami, żarciem i wszelakim innym gównem dla turystów. Od razu powiem, że warto kupić tam, to co się chce, bo w Petrze te same rzeczy są 2-3 razy droższe (szczególnie woda, która potrafi kosztować na terenie muzeum 1,5 JD za 1,5 l - normalnie 0,4 - 0,5 JD). Na kasie informacja o cenach wstępu. Bilety : 1 / 2 / 3 dniowy kosztują odpowiednio 11 JD / 13,50 JD / 16 JD, a ulgowe na kartę ISIC lub Euro26 : 6 JD / 7,25 JD / 8,5 JD. Tutaj, jak widać, naprawdę opłaca się mieć kartę studencką. Wybieramy ulgowy bilet jednodniowy - cena 6 JD. Tutaj jego scan (click) 19 kB. Długi i kręty Siq prowadzący do Petry wydaje się miejscem bardzo znajomym. Widziałem tyle zdjęć w Internecie, że gdy wreszcie ostatni zakręt odsłonił Skarbiec wcale nie byłem zdziwiony, że wreszcie Go zobaczyłem. Skarbiec robi wrażenie - tak powiedział pewien mądrala. Trzeba koniecznie strzelić kilka fotek z nim w tle i opędzić się od kierowców wielbłądów oferujących podwóz w głąb skalnego miasta, bo Skarbiec to dopiero początek. Całą Petrę zwiedzać można nawet tydzień, ale nam na tym nie zależy i zadowolimy się kilkoma godzinami. Upał straszny. Zwiedzamy co się da, zaglądamy w różne zakamarki. Amfiteatr i Grobowce, Bazar i Kościół - wewnątrz niestety pusto, ciemno i śmierdzi moczem. Ale to przecież Petra ! Nie zapominamy o Klasztorze i paru jeszcze innych miejscach, których nazw już dzisiaj nie pamiętam. Miejsce piękne, ale ochotę do zwiedzania odbiera okrutny upał. Po kilku godzinach wracamy pod Skarbiec i siadamy na ławce w cieniu skały. Teraz można w spokoju popatrzeć na największą atrakcję Jordanii - szkoda, bo to kulminacyjny punkt tego wyjazdu. Chyba tak samo smutno było rok wcześniej na Wielkim Murze pod Pekinem. Spokojnie idziemy przez Siq do wyjścia, w przeciwną stronę ciągną turyści oglądać Petrę o zachodzie słońca. Wieczór spędzamy w centrum Wadi Musa szukając najlepszego kursu wymiany walut (tutaj słabo : 1 USD za 0,66 JD, a 1 Euro za najwyżej 0,80 JD) oraz czegoś do żarcia. Nad Petrą właśnie zachodzi słońce.

Król Jordanii Abd Allah II
Król Jordanii Abd Allah II
Piątek trzynastego sierpnia 2004 roku postanowiliśmy poświęcić na odpoczynek, pranie i inne czynności techniczne niezbędne do kontynuowania wyprawy. Za nami 17 dni ciągłej jazdy i pora było sobie dać trochę luzu. Zatem zostaliśmy w Hotelu Valentine na jeszcze jeden dzień. Na niczym zeszło nam przedpołudnie, a potem równie miło popołudnie. Ale w końcu był to piątek trzynastego. Wieczorem postanowiliśmy przejść się "na miasto" - wysłać e-maile do domu (w Wadi Musa drogo - 1 h Internetu za 1,5 JD) i kupić coś do żarcia. A teraz konkrety. Kupiliśmy wielkiego bananowego loda (1000 ml za 1 JD) i powoli wracamy sobie z Ronda Shaheed do hotelu. Droga prowadzi pod górkę, lód radośnie huśta się w reklamówce. Ciemno już. Idziemy. Podbiega dwóch lub trzech gówniarzy i wołają do nas "hallo, hallo". Odpowiadamy tym samym. Oni podbiegają bliżej i wyciągają ręce po kasę - "mister, bakszysz". Nie reagujemy, idziemy dalej. Potem zaczynają mnie ciągnąć za koszulkę i ciągle to "mister, bakszysz". Olewam ich. Gówniarze zatrzymali się i już myślałem, że dali sobie spokój, gdy nagle koło głowy przeleciał mi kamień, po chwili drugi uderzył mnie w łydkę. Nie bolało, ale się zdenerwowałem - to już chyba trzeci raz w tym kraju, gdy rzucali we mnie kamieniami. Pogoniłem bahora i chwyciłem go za wszarz. Nie chciałem mu nic zrobić - tylko nastraszyć. A ten rozwrzeszczał się w niebogłosy (ja go tylko chwyciłem za kołnierz). W tym momencie zza rogu budynku wyskoczył Arab i skoczył na mnie z rękami krzycząc "What are you doing you mother fucker ?!". Ledwo zdążyłem odsunąć siostrę i zdjąć wiszące na szyi okulary przeciwsłoneczne. Nie wiem kto to był (ojciec / brat ?) - nie wiem czego chciał, bo nie zależało mu na wyjaśnieniach. No i co ? KUMITE. Pewnie można było tego uniknąć, gdybym tylko podkulił ogon i człowieka przeprosił za wszystko - tylko za co ? Siostra mnie powstrzymuję przypominając, że moje mBankowe ubezpieczenie w Jordanii nie działa (bo ono tylko na "kraje europejskie i śródziemnomorskie" - czyli na wszystkie tej wyprawy za wyjątkiem właśnie Jordanii, która dostępu do Morza Śródziemnego nie ma - takie było tańsze : 46 zł na 30 dni; z Jordanią coś koło 160 zł) A zatem. W zielonym narożniku (światło zielonych świetlówek na minarecie za moimi plecami), granatowych spodenkach i szarej koszulce, ja - czyli Cezary "Cezar" Golik - 105 kg, 185 cm i bilans walk : 2 - 0 - 0, w tym 2 KO's (Teheran, Iran - 22 sierpnia 2001 roku - taksówkarz, który chciał za kurs 3 razy tyle ile od krajowców i miał czelność pierwszy uderzyć kumpla oraz Suifenhe, Chiny - 23 sierpnia 2003 roku - także taksówkarz, który zaatakował mi siostrę śrubokrętem). W ciemnym narożniku (ciemna noc za plecami), długich spodniach i koszuli, nieznany z imienia i nazwiska około 30 letni Arab - a że każdy szanujący się bokser musi mieć przydomek, to nadamy mu roboczy : "Kebab" - na oko 90 kg, 180 cm, nieznany bilans walk. Pierwsza runda zeszła nam na obelgach i serii low kicków plus paru sparowanych ciosach celowanych wzajemnie w mordy. Trzeba powiedzieć, że była remisowa ze wskazaniem na Kebaba, który był stroną atakującą. Pierwsze starcie kończy interwencja dwóch facetów, którzy nadbiegli i odciągnęli mojego rywala. Stoję i dyszę - trzeba przyznać, że byłem wystraszony. Kolesie trzymają Kebaba, który ciągle wyrywa się do bitki i pokazują mi, abym czym prędzej się oddalił. Już miałem to zrobić, gdy tu nagle Kebab wyrwał się i skoczył w moją stronę. Ulica w tym miejscu prowadziła ostro w górę w kierunku hotelu, a ja stałem trochę wyżej niż on. To był moment. Wypłaciłem jednego solidnego buta, który trafił Kebaba centralnie w brzuch. No i koniec - po walce. Do leżącego Araba podskoczyło tych dwóch znowu pokazując, żebym odszedł. Wróciliśmy do hotelu i siedzimy na werandzie. Ręce mi się trzęsą, oddech ciągle głęboki, myśli rozbiegane - kurcze, wystraszyłem się tym wszystkim. A to może 3 minuty minęły, może 5 minut razem z przejściem do hotelu. Dla uspokojenia jemy loda. Nagle przychodzi facet z recepcji i wystraszonym głosem, w tonie przepraszającym za to co za chwilę nastąpi, mówi "że ma dla mnie wiadomość". Brzmiała ona : "uważaj - znajdę ciebie i zabiję". Recepcjonista pytająco przeprasza, ale on nie rozumie o co chodzi i w ogóle, to chce żeby wszyscy goście czuli się dobrze w jego hotelu. Potem stwierdził, że zna tego "crazy man'a" i chyba najlepiej będzie, jak wezwiemy policję. Ot, piątek trzynastego w Wadi Musa.


Foto (foto157) (foto158) (foto159) (foto160) (foto161) (foto162) (foto163) (foto164) (foto165) (foto166) (foto167) (foto168)


15. Wadi Rum - żelazny punkt programu


Po prostu Wadi Rum !
Po prostu Wadi Rum !
Sobota, 14 sierpnia 2004. Dzisiaj pora na Wadi Rum. Hotel Valentine Inn oferuje całodzienny tour po Wadi Rum za pomocą 4WD oraz nocleg z kolacją i śniadaniem w "beduińskim campie" za 15 JD. Spróbujemy. Wstajemy około 5 rano - w Wadi Musa jeszcze noc. Szybko pakujemy graty i przed 6 schodzimy na recepcję. Okazuje się, że na wycieczkę z nami wybiera się jeszcze kilku gości z hotelu. Parę minut potem pod hotel zajeżdża mały autobus z napisem "Petra - Wadi Rum". Wsiadamy. Objeżdżamy jeszcze kilka innych hoteli skąd zabieramy kolejnych chętnych na Wadi Rum. Kierowca przejeżdża też przez "dworzec autobusowy" w Wadi Musa wyglądając ludzi chcących się zabrać tam gdzie i my. Wreszcie wyjeżdża na górę ponad miastem (niezły widok) i kieruje się w stronę Akaby oraz Wadi Rum. Gdyby ktoś chciał zabrać się tym autobusem samodzielnie (bez załatwiana wycieczki przez pośrednika), to należy ustawić się na Rondzie Shaheed o 6.00 (to jedyny kurs na dobę) i czekać - kierowca autobusu sam Was wypatrzy. Przejazd z Petry do Wadi Rum kosztuje 3 JD i nie jest wliczony w cenę wycieczki (płaci się pomagierowi kierowcy do łapy). Widoki pustkowia południowej Jordanii o wschodzie słońca na pewno zapamiętamy. Autobus dociera do Pustynnej Autostrady, którą jedzie kilkadziesiąt kilometrów na południe, by następnie, przed Akabą, skręcić w lewo w kierunku Rum. Na autostradzie krótki postój pod sklepem na zakupy - warto zrobić, bo w Rum jest dużo drożej. Ostatnie kilometry przed celem dają posmak tego co oferuje Wadi Rum. Robi się interesująco. Docieramy do osady Rum - bramy do Wadi Rum. Z Petry jest tutaj 130 km i jakieś 2 h jazdy. Autobus kończyć bieg pod Goverment Rest House, gdzie na pasażerów czekają już przewodnicy ze swoimi jeepami. Nam dano wizytówkę kolesia o imieniu Zidane abyśmy mogli go odnaleźć na miejscu (click) 32 kB. W praktyce to on nas szybciej wyłapał. Z gęby młodszy brat Bin Ladena. Zapakował mnie, siostrę, troje Francuzów, troje Koreańczyków oraz Hiszpana do maszyny i powiózł w pielesze. Na chacie zrobił nam pogadankę o Wadi Rum i pokazał fotkę z królem jegomościem. Powiedział, że plecaki zostają na bazie, a my mamy wziąć ze sobą tylko paszport, kasę, trochę żarcia i wody (3 litry na głowę to minimum) do wieczora oraz lekkie łachy na noc. Dał też czas na wizytę w pobliskim sklepie (jest tam wszystko co potrzeba, ale drogo). Będziemy jechać na zadaszonej pace jeepa.


Po prostu Wadi Rum !
Po prostu Wadi Rum !
Jest może 9 rano, a słońce grzeje już mocno. Ruszamy. Czerwony piasek i czerwone skały. Oto Wadi Rum. Robimy żelazny plan : Studia Lawrence'a z Arabii (betonowe koryto), Dom Lawrence'a z Arabii (w zasadzie jedna ściana), jakieś naskalne rysunki nomadów, wspinaczka na 50metrową diunę z czerwonego i gorącego piasku, spacer po Skalnym Moście (naturalnej produkcji skalna "kładka" łącząca dwie skały - 20 metrów pod spodem). Mijamy dwa pasące się sampopas (ciekawa konstrukcja językowa) wielbłądy, na horyzoncie jakiś jeep jadąc podnosi kłęby piaskowego kurzu. Widoki wspaniałe. Najlepsza jest cisza - gdy nie pracuje silnik samochodu, to w uszach aż dzwoni - żadnego wiatru. Nic po prostu. Gdzieś po drodze dwie lub trzy godziny odpoczynku w cieniu skały. Nasi współzałoganci oraz kierowca poszli spać, a my z siostrą na kilometrowy spacerek po pustyni. Upał jak cholera, ale widoki rekompensują wszystko. Pod wieczór dojechaliśmy do absolutnie nieautentycznego "obozowiska beduinów" - dla turystów wszystko. Tam mieliśmy dostać kolację i spać. Zachód słońca nad Wadi Rum, ze szklaneczką herbaty w ręku, to wrażenie, które zapamięta się na całe życie. Potem gwiaździste niebo, światła wydobywające się z niezbyt dokładnie przesłoniętych wejść do namiotów, arabska muzyka, zapach żarcia (na kolację było ścierwo z kurczaka w warzywach) mieszający się z dymem z wodnej fajki, a do tego przytłumiony odgłos pracy spalinowego agregatu prądotwórczego. Wyciągamy materace przed namiot i idziemy spać. Nocne niebo nad Wadi Rum jest niezwykłe. Trzeba tu przyjechać - chociażby na 1 dzień.


Foto (foto169) (foto170) (foto171) (foto172) (foto173) (foto174) (foto175) (foto176) (foto177) (foto178) (foto179) (foto180)


16. Jedziemy na rafy koralowe do Akaby


Akaba - rafa koralowa
Akaba - rafa koralowa
Nocleg na materacu na pustyni pod wspaniale rozgwieżdżonym niebem Wadi Rum to niezapomniane przeżycie. Budzą nas o 6 rano na wschód słońca (niedziela, 15 sierpnia 2004). Potem śniadanko (sterta chleba, 10 słoików dżemu i kilka krążków sera topionego + herbata). Około 7 wsiadamy w jeepa i jedziemy do Rum. Tam pod Goverment Rest House zjeżdżają się samochody różnych przewodników zwożące turystów. Na nich czekają już minibusy. Można pojechać do Petry (to wraca ten sam autobus, który przywozi tu co rana nową dostawę ludzi z Petry i którym zeszłego dnia przyjechaliśmy) lub do Akaby. W pierwszym przypadku cena 3 JD, a w drugim 1,5 JD. Autobusy odjeżdżają około 7.30. No to jedziemy do tej Akaby - 80 km i 1 h lotu. Akaba, dworzec autobusowy. W zasadzie przyjechaliśmy tutaj tylko po to, aby wykąpać się w Morzu Czerwonym i ponurkować na rafach koralowych. Wiemy, że najlepsze po temu miejsca są na południe od miasta, w pobliżu granicy z Arabią Saudyjską. Najpierw jednak kupujemy bilety na popołudniowy autobus do Ammanu. Klimatyzowany i najtańszy kosztuje 3,5 JD. Kasa mieści się w uliczce obok dworca. Znajdziecie ją wyglądając dużych zielonych autobusów tej firmy. Bilet zabrał kierowca przy wejściu, więc scanu nie będzie. Teraz możemy jechać na rafy. Bierzemy taryfę. Kierowcy mówimy, że chcemy na "South Beach", on od razu pokumał o co biega i polecił miejsce o nazwie Bedouin Beach Camp. Cenę przejazdu ustaliliśmy na 3 JD. Zobaczcie to (click) 18 kB. Jedziemy autostradą wzdłuż wybrzeża w kierunku przejścia granicznego z Saudi Arabią. Akaba położona jest w niezwykłym miejscu. Z okna taksówki widać izraelskie miasto Eljat (na tyle dobrze, że można rozpoznać poszczególne budynki, okna w nich, palmy na ulicach - to raptem 3 km), widać Egipt po drugiej stronie zatoki, a tam biały budynek Hotelu Hilton w Tabie (też bardzo blisko, może 3-4 km), no a przed nami góry już w Arabii Saudyjskiej. Z Akaby do miejsca, gdzie zawiózł taksówkarz jest może 10 km. Na plaży w Bedouin Beach Camp jest ponoć najładniejsza z raf dostępnych jedynie z maską, fajką i płetwami. Biletów wstępu na plażę nie ma. Dobra. Rozkładamy się z ręcznikami i tak sobie wszystko obserwujemy. Rafa zaczyna się 10 m od brzegu, na głębokości już od 30 cm. Sporo ludzi nurkuje z maską i fajką, a dalej ze dużego kutra nurkują "zawodowcy" w akwalungach. Tuż obok nas arabska rodzinka - stary siedzi na brzegu i kopci faję wodną, a stara z córkami w czadorach, maskach i fajkach podbija głębiny. Niezwykły widok zobaczyć babę w czarnym czadorze z maską do nurkowania na twarzy i fajką. Siedzimy i patrzymy dalej. Tuż obok nas jest węgierska baza nurkowa (w ogóle Węgrów sporo w Jordanii). Akurat piękna Węgierka, w stringach i z obiektywnie seksownymi pośladkami, postanowiła pospacerować sobie po plaży. Arabowie mało nie zgłupieli. Idzie Węgierka, za nią z 10 tubylców z aparatami fotograficznymi. Ale mieliśmy ubaw. Na plaży są knajpy, można wynająć duże 6-8 osobowe namioty za 10 JD na dobę, można wreszcie wynająć sprzęt do nurkowania, zapisać się na kurs nurkowy lub obserwować rafę z łodzi ze szklanym dnem (wynajęcie całej łodzi 10 JD za 10 minut). Dobra czas zabrać się za nurkowanie. Wybieramy "opcję dla frajerów", czyli nurkowanie z maską i fajką. Wypożyczamy komplet potrzebnego sprzętu (tanio - jedynie 1 JD na cały dzień). Co ja mam Wam napisać ? Rafa jest przejebana. Wprawdzie nurkowałem jedynie na 2-3 metry i nie oddalałem się od brzegu więcej jak na 100 metrów, ale to co zobaczyłem i tak było niezwykłe. Przepiękne formy koralowców (żółtych, niebieskich, czerwonych - kolczastych i liściastych), wielkie jak karpie kolorowe ryby i ławice malutkich "gubików". To wszystko na wyciągnięcie ręki. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Żeby było jeszcze fajniej, to udało mi się wyłowić dwie monety po 0,10 JD, które tak sól z morza wyczyściła, że wyglądały jak srebrne. Zawsze coś - zachowałem na pamiątkę. Na pamiątkę wziąłem też małą buteleczkę wody z Morza Czerwonego. Sternik glass boat'a (tej łodzi ze szklanym dnem) nie zauważył mnie chyba i ratując się przed wpadnięciem pod śrubę wpadłem na cholernie kolczastego skurczybyka koralowca. Poparzyłem sobie w ten sposób okrutnie lewą rękę i bok. Najpierw strasznie piekło, potem wyskoczyły bąble, a kilkadziesiąt małych ropiejących ran leczyłem antybiotykami jeszcze dwa miesiące później. Ale i tak warto było. naprawdę byłem i jestem pod wrażeniem rafy koralowej w Akabie. Petra i Wadi Rum się nie umywają do tego miejsca. Pierwszy raz w życiu widziałem rafę, a antycznych gruzów już sporo. Tak więc polecam rafę koralową na South Beach w Akabie !

Desert Highway - gdzieś między Akabą a Ammanem
Desert Highway - gdzieś między Akabą a Ammanem
Pierwotnie planowałem, że z Akaby pojedziemy dalej. Mieliśmy wrócić do Ammanu, stamtąd wjechać do Izraela i zwiedzić Jerozolimę z przyległościami, potem przejechać stopem przez pustynię Negev do Eljatu i stamtąd wjechać via Taba do Egiptu. Do domu mieliśmy wrócić samolotem z Hurghady. Tyle, że tuż przed wyjazdem okazało się, iż w tym roku zabraknie nam na to wszystko czasu. Cholerna szkoda. Może innym razem. Tak więc na South Beach - 10 km na południe od Akaby - rozpoczyna się nasz powrót do domu i tak naprawdę kończy się wyprawa. Z żalem patrzymy na drugą stronę zatoki na czerwone skały gór Synaju w Egipcie i na biały budynek Hotelu Hilton, który za półtora miesiąca wyleci w powietrze w zamachu terrorystycznym. Jeszcze tam kiedyś pojadę i zrobię relację. Amen. Tak więc w podwójnie smutnych nastrojach opuszczamy plażę i idziemy łapać stopa do Akaby. Jak napisałem tuż obok przechodzi droga z Arabii Saudyjskiej. Stopa łapaliśmy może 2 minuty, najpierw przejechała ciężarówka, a za nią taryfa, która się zatrzymała. Szofer mówi, że "no money", więc wsiadamy. Dowiózł nas do centrum. Robimy sobie podwieczorek z falafli (0,25 JD) i krótki spacerek po mieście. Wszędzie napisy po węgiersku, nas też biorą za Węgrów. Ciekawe. O 15.30 wsiadamy w zielony autobus nieznanej mi z nazwy firmy i ruszamy do Ammanu. Usadowiłem się na małym rozkładanym foteliku obok kierowcy, aby móc przez przednią szybę robić fotki. Dlatego, że będziemy jechać Desert Highway'em, a pierwsze kilometry na północ od Akaby są niezwykle fotogeniczne. W końcu przejechałem na tym fotelu całą trasę, bo tak mi się podobała jordańska pustynia. W Ammanie na dworcu autobusowym Abdali jesteśmy o 19.50. Szybko pokonaliśmy te 330 km z Akaby. Zakładam plecak. Cholera plecy bolą, chyba sobie je spaliłem na plaży. Z trudem przeszedłem 1,5 km do Hotelu Al-Majd. Tam okazuje się, że miejsc nie ma. Na szczęście w pobliżu załatwiamy spanie w Hotelu Shiraz - byłem kiedyś w Shirazie. Naprawdę czysty dwuosobowy pokój z łazienką kosztował 3,5 JD od człowieka (po targowaniu, bo na początku chcieli po 5 JD). Wieczorem jeszcze spacerek po mieście, znowu te pieprzone kebaby (0, 40 JD) i napój migdałowy (0,10 JD za 200 ml). Jeszcze raz oglądamy sobie amfiteatr, Meczet Husajna, sklepiki i knajpy Ammanu. Szkoda wracać do domu.


Foto (foto181) (foto182) (foto183) (foto184) (foto185) (foto186) (foto187) (foto188) (foto189) (foto190) (foto191) (foto192)


17. Palmira - oaza na pustyni


Mordy królów Jordanii na granicy w Ramtha
Granica w Ramtha - za chwilę opuszczamy Jordanię
Z hotelu wychodzimy około 10 rano (poniedziałek, 16 sierpnia 2004 roku). Autobusem miejskim za 0,15 JD - płatne kierowcy do skarbonki - jedziemy na dworzec Abdali z zamiarem znalezienia czegoś co zabierze nas do Ramthy na granicy z Syrią. Ledwie wysiedliśmy, a już dopadł nas naganiacz i po chwili siedzieliśmy w autobusie jadącym w interesującym nas kierunku. Cena przejazdu 0,70 JD. Jedziemy trasą, którą tydzień wcześniej pokonaliśmy w drugą stronę stopem z chłopakami z Arabii Saudyjskiej. Ramtha. Nie należy wysiadać na dworcu autobusowym, który znajduje się przed miastem (jadąc od strony Ammanu) i nieopodal szpitala oraz uniwersytetu, lecz poczekać, gdyż autobus pojedzie dalej, do samego centrum, na drugi mniejszy dworzec. Na nim wydajemy ostatnie jordańskie pieniądze i idziemy w kierunku granicy (2-3 km). Poparzone dzień wcześniej w Akabie plecy bolą mnie jak cholera, a tu trzeba jeszcze dźwigać tego garba. Trzeba iść. Moje katusze wzbudziły chyba litość kierowcy pickupa, który zatrzymał się i zaoferował powiezienie na granicę zastrzegając, że "no money". Musiałbym być głupi żeby nie skorzystać. Przed samą granicą robimy jeszcze fotki na tle dużych plansz z wizerunkami starego i nowego króla Jordanii i walimy prosto na odprawę paszportową. Pawilon z napisem "Departures" i jordańską flagą na maszcie. Najpierw, w specjalnym okienku, płacimy barbarzyńską opłatę wyjazdową (5 JD od osoby) i z kwitkiem oraz paszportem ustawiamy się do drugiego. Tam facet przybija nam niebieski stempel na tym kwitku oraz w paszporcie (click) 48 kB. Teraz możemy już poszukać auta, którym moglibyśmy zabrać się do punktu syryjskiej odprawy granicznej. Ani nam przez myśl nie przeszło żeby pokonać te 4 km na piechotę. Zagadałem do kilku kierowców i po może 5 minutach już siedzieliśmy w taryfie, której jedyny pasażer kazał kierowcy nas dokwaterować na tyle siedzenie. Przy wyjeździe z Jordanii jeszcze żołnierz sprawdza stemple wyjazdowe w paszportach i odrywa połowę kwitka opłaty wyjazdowej. Druga połowa jest zwracana i wygląda tak (click) 16 kB. Szlaban w górę. Jeszcze ostatni wielki portret króla i Jordania się kończy. W kilka minut pokonujemy 4 km przez wygrzaną w słońcu strefę międzygraniczną. W Syrii wita nas wielka morda młodego Assada. Procedura standardowa. Pawilon "Arrivals", wypisywanie pomarańczowej karty imigracyjnej (click) 85 kB i kolejny stempel do paszportu (click) 31 kB. Facet bardzo dokładnie sprawdzał paszport - widocznie w poszukiwaniu żydowskich stempli, gdyż wjeżdżający do Syrii z tego kierunku potencjalnie mogą jechać z Izraela. Wracamy do auta. Przy wyjeździe z punktu granicznego - jak zawsze - kontrola paszportów. Syria po raz trzeci. Z taksówki wyskakujemy w centrum Dar'a. Piechotą pokonujemy kilometr czy dwa do dworca autobusowego. Tam mała wyżerka i o 15.00 startujemy autobusem do Damaszku (jeżdżą co pół godziny od rana do wieczora). Bilet kosztował 50 SP (click) 25 kB. Jazda jak jazda, już tędy jechaliśmy. 103 km pokonujemy w 2 h i jesteśmy na dworcu autobusowym Baramke (on obsługuje autobusy jadące na południe od stolicy). Jako, że naszym celem jest Palmira musimy dostać się na dworzec Harasta, który obsługuje autobusy jadące na północ od Damaszku. Obydwa dworce dzieli 5-6 km. Wydaje się, że najlepiej będzie wziąć taksówkę. W Syrii taryfiarze sami Was znajdą, więc się nie obawiajcie. Ustalamy cenę przejazdu na 100 SP i startujemy. Tylko 10 minut jazdy. Jedziemy przez centrum. Mijamy autobazę, gdzie w biurze szefa spędziliśmy pierwszą noc w Damaszku, potem skwer na którym ją dokończyliśmy i Hotel Al-Rabie. Jesteśmy na Harasta. Dwie firmy obsługują kursy do Dajr Az-Zaur przez Palmirę. Cena taka sama - 110 SP. Kupujemy bilet na pierwszy autobus, jaki tam odjeżdża (click) 24 kB. A potem falafle tytułem podwieczorku.

Ruiny Palmiry - Tetrapylon
Ruiny Palmiry - Tetrapylon
O 17.30 ruszamy. Autobus klimatyzowany, wygodny. Stolica Syrii szybko się kończy, potem już tylko skalista pustynia. Przy drodze znaki odliczające kilometry do Bagdadu. No tak, z Palmiry do irackiej granicy całkiem niedaleko. Mam nadzieję, że nikt nam tam nie będzie chciał łbów odcinać. Przez szybę obserwujemy jak czerwone słońce ginie gdzieś za pustynnym horyzontem. Ładne. Palmira oddalona jest o 245 km od Damaszku i o 3 h jazdy. Wysadzają nas przy zjeździe z drogi do miasta. Zanim się zorientowaliśmy, gdzie jesteśmy, podszedł do nas facet i zaoferował nocleg w hotelu. Akurat autobus odjechał i zobaczyliśmy, że hotel jest po drugiej stronie drogi. Znaczy się kolesie z busa sprzedali nas temu gościowi. Nawet dobrze. Hotel Al-Faris okazał się bardzo udany. Wizytówka informuję, że facet nazywa się Abu Alaa (click) 54 kB. Z tyłu wizytówki mapka (click) 27 kB. Dobra lokalizacja w pobliżu kompleksu muzealnego i niskie ceny : miejsce w dwójce 200 SP, a na dachu tylko 100 SP. Bierzemy całkiem miły i czysty pokój dwuosobowy z balkonem i widokiem na ruiny Palmiry (tak jak napisałem 200 SP od osoby). Po prysznicu idziemy do centrum miasta (1 km). Zerwała się piaskowa zadymka - nic nie widać - w końcu Palmira, to oaza na pustyni. Tam walka z natrętnymi naganiaczami restauracyjno-sklepowymi i megakebaby za 35 SP. Po jednym miałem dosyć, więc musiał być naprawdę duży. Na koniec jeszcze lody w kubku (5 SP) i jak zawsze mały Sprite w szklanej butelce (też 5 SP). Sukcesem zakończyła się operacja zakupu papieru toaletowego, o który w Syrii nie jest najłatwiej (4 rolki za 40 SP). W poczuciu dobrze spełnionego zadania wracamy na norę. To był długi dzień. Następny (wtorek, 17 sierpnia 2004 roku) zaczynamy od wysłania kartek do Polski. Kartki kupiliśmy jeszcze u Św. Szymona pod Aleppo, więc teraz trzeba nam było jeszcze tylko znaczków pocztowych. A więc trzeba nam było poczty. Jest takowa w centrum, nad wejściem morda starego Assada w formacie 2 x 3 m. Znaczki do Europy kosztują 17 SP. Facet w okienku pozwolił mi przybić na kartkach stemple pocztowe. Tak więc siadam na jego miejscu i przypominam sobie, jak to baby u nas na poczcie szybkim ruchem, któremu towarzyszy straszy odgłos, walą te stemple jeden po drugim. No to łup ! Koleś aż się wykrzywił. W tym kraju robi się to chyba inaczej, bo stempel średnio zechciał się odbić. Okazuje się, że trzeba powoli i delikatnie. Rozumiecie - pierwszy raz zawsze jest najtrudniejszy. Teraz czas zobaczyć te ruiny. Wstęp na sam teren kompleksu archeologicznego darmo. Szczerze powiedziawszy nie wiem dlaczego wszyscy się zachwycali tą Palmirą. Ot jedna długa kolumnada, niezbyt okazały amfiteatr i kupa gruzu naokoło. Idziemy do Świątyni Baala - może ta będzie efektowniejsza. Wstęp kosztuje 150 SP, a ulgowo 10 SP tylko na kartę ISIC i to w dodatku, jak informuje kartka w kasie, gdy ta ma wydrukowane napisy, a nie wypisane ręcznie. Ala ma kartę Euro26 i zniżki nie dostaje, więc poczeka na zewnątrz. No a ja zainwestowałem 10 SP w tego Baala. Tutaj mój bilet wstępu (click) 20 kB. Niestety w środku też nic specjalnego. Może poza kilkoma płaskorzeźbami. Sama świątynia to puste w środku kamienne pudło. W 10 minut obleciałem wszystko i gdyby nie zerowa cena biletu, to bym był mocno zawiedziony. Postanawiamy odpuścić sobie wieże grobowe i zamek na wzgórzu - trochę czas nas goni. Rozczarowała nas Palmira (jej zabytki). Prawdę powiedziawszy dla mnie ciekawsza była sama atmosfera pustynnej oazy, gdzie ciągle zawiewa piaskiem z pustyni, niż zabytki, które ona oferuje. W każdym razie zawsze warto tam zajrzeć.


Foto (foto193) (foto194) (foto195) (foto196) (foto197) (foto198) (foto199) (foto200) (foto201) (foto202) (foto203) (foto204)


18. Hama i koła wodne


Hama - koło wodne
Hama - koło wodne
Do godziny 14 zwiedziliśmy wszystko, co w Palmirze można było zwiedzić i na co mieliśmy ochotę. Do hotelu wróciliśmy via sklep spożywczy w którym zakupiliśmy zestaw raczej standardowy - lody w kubku po 5 SP i małą butelkę Sprite'a w takiej samej cenie. Właściciel hotelu przedstawił nam propozycję nie do odrzucenia : taksówka za 300 SP prosto do kolejnego punktu naszej podróży - do Hamy. Trudno było się nie zgodzić, gdyż dojazdu bezpośredniego z Palmiry tam nie ma i trzeba jechać najpierw autobusem do Homs (75 SP), a potem dopiero do Hamy (50 SP). Na dodatek powiedział, że kierowca pojedzie mało uczęszczaną pustynną drogą, która miała oferować piękne widoki. Jak on to załatwił, to nie wiem. Mamy deal. Taryfa już czeka. Stary mercedes w kolorze szarym. Bardzo wygodny. No to lecimy. Wszystkiego jest 245 km, a z tego 200 km przez autentycznie skalistą pustynię. Bezkres żółtych pagórków przez 2 h jazdy. Potem, bliżej Hamy, wioski beduińskie i więcej zieleni. Warto było to zobaczyć. Taryfiarz podwozi nas od razu pod hotel. Akurat jest to Hotel Cairo z przewodnika Pascala do którego i tak mieliśmy iść, bo go tam zachwalają za "czystość i niskie ceny". Miejsce w pokoju dwuosobowym za 250 SP, w dwuosobowym z klimą i łazienką 325 SP, a na dachu tylko 125 SP. Bierzemy dach, bo w tym hotelu jest wyjątkowo przyjemny. Są tam miękkie materace do których obsługa daje super pachnącą pościel. Byli tak mili, że gdy załatwialiśmy formalności, to nawet wnieśli nam plecaki na samą górę. Pascal miał rację. Tu jest wizytówka Hotelu Cairo z Hamy (click) 42 kB, a tu mapka z jej odwrotu (click) 28 kB. Po krótkim odpoczynku i wreszcie gorącym prysznicu lecimy oglądać największe atrakcje Hamy czyli Nurije - koła wodne na rzece, które kiedyś pompowały wodę dla miasta, a dziś kręcą się chyba tylko dla ozdoby. W ogóle to miasto jest inne od innych w tych stronach. Jest tu zielono ! Masa zieleni. A to za sprawą rzeki nad którą rozciągają się całkiem ładne ogrody. Z butelką bananowego mleka w ręku (1 l za 35 SP) idziemy sobie brzegiem rzeki oglądając po kolei wszystkie nurije, aż do ostatniej największej o nazwie al-Muhammadija. Drewniane koła mają średnicę do 20 metrów i kręcąc się "przejmująco" - zdaniem autorów przewodnika - skrzypią. W rzeczywistości dźwięk ten jest przejebany. No nic - nurije zaliczone. Wspinamy się na górującą nad miastem skarpę. Na jej szczycie była kiedyś cytadela. Dziś już jej tam nie ma. Jest za to wesołe miasteczko i plac zabaw, na którym jedna z "drabinek" dla dzieci ma formę rakiety. Rakieta jakoś dziwnie wycelowana w Izrael. Ala kupuje jabłko w lukrze nadziane na patyk (5 SP) na którym łamie ząb. Wracamy do hotelu. W zasadzie to już koniec wyprawy. Wracamy do domu.


Foto (foto205) (foto206) (foto207) (foto208) (foto209) (foto210) (foto211) (foto212) (foto213) (foto214) (foto215) (foto216)


19. W 5 dni do domu - koniec wyprawy


Granica syryjsko-turecka w Bab Al Hawa
Granica syryjsko-turecka w Bab Al Hawa - mój plecak na taryfie
Do domu ruszamy właśnie z Hamy. Cairo Hotel opuszczamy o 8 rano i powolutku idziemy kilometr na dworzec autobusowy. Tam jak zawsze z miejsca wsiadamy w autobus do Aleppo (140 km). Przejazd kosztował 35 SP płatne kierowcy. To już ostatni autobus, ostatnie spojrzenia na Syrię. Szkoda wyjeżdżać. W Aleppo jesteśmy po 2 h. Syrię i to miasto żegnamy wyżerką pod Wieżą Zegarową. Znowu kebaby po 25 SP, mrożony sok za 15 SP i duże lody włoskie za 10 SP. Resztę pieniędzy wydaję na półkilową paczkę cukierków "made in Saudi Arabia", na której umieszczony napis informuje, że "nie są one zrobione ze świńskich przetworów". Cukierki okazały się wyjątkowo dobre. Szkoda było odchodzić spod Wieży Zegarowej. W ogóle to miasto ma swój klimat. Idziemy na dworzec minibusów. Pytamy się o dojazd do granicy w Bab Al Hawa (wymawia się to jakoś "Bab Hła") - ludzie wskazują właściwą furgonetkę. Jedzie do jakiejś wiochy pod samą granicą. Płacimy szoferowi po 25 SP, a ten dowozi nas około 2 km od granicy. Idziemy w jej kierunku. Bab Al Hawa znaczy Brama Wiatru. Faktycznie coś w tym jest. Po obu stronach drogi strome zbocza gór, a z Turcji do Syrii bardzo silnie wieje. Aż trudno iść. Żołnierz z pierwszego posterunku widząc, jak z trudem pchamy się pod ten cholerny wiatr wyszedł na drogę, pomachał karabinem i zatrzymał nam pierwszą z brzegu taryfę. W ten sposób dojechaliśmy do budynku syryjskiej odprawy. Oddaliśmy facetowi w okienku pomarańczową kartę imigracyjną za co ten odwdzięczył się stemplem do paszportu (click) 18 kB. Wróciliśmy do samochodu i pokazując przez szybę żołnierzowi wbite w paszporty stemple wyjechaliśmy z Syrii pod podniesionym szlabanem. Kilkaset metrów dalej odprawa turecka. Tłok do okienka straszny, ale nasze białe mordy łaskawie odprawili szybciej. Wiza faktycznie okazała się multiple i nie trzeba było wydawać 10 USD na kolejną naklejkę, jak to kiedyś bywało. Tutaj turecki stempel wjazdowy (click) 23 kB. Wracamy do taryfy, która podjeżdża do kontroli celnej. Patrzymy jak z innych samochodów celnicy wyrzucają kilkukilogramowe worki z białym proszkiem. Narkotyki ? Nie. Ktoś tłumaczy, że to cukier, który w Syrii jest dwa razy tańszy niż w Turcji. W ogóle ta granica przypomina w klimacie nasze ze wschodnimi sąsiadami. Dobra jesteśmy w Turcji. Mamy zamiar dojechać do Antaki i tam jeszcze dziś wsiąść w autobus do Stambułu. Te plany muszą jednak poczekać godzinę lub dwie, bo jeden z pasażerów taksówki zaprasza nas do domu na obiad. Wyżerka w miłej atmosferze miała miejsce w pierwszym miasteczku za granicą o nazwie Reyhanli. Fajnie było. Potem facet wsadził nas w minibus, którym za 1,75 mln TL przejechaliśmy 40 km Antaki.

Siostra w autobusie z Antaki do Stambułu
Siostra w autobusie z Antaki do Stambułu
Godzina 16.45. Na dworcu autobusowym oczywiście z miejsca okleili nas naganiacze. Między 17 a 19 odjeżdżają ostatnie autobusy kilku firm do Stambułu. Wybieramy ofertę przewoźnika o nazwie "SAS", z którym po targowaniu cenę ustaliliśmy na 21 USD za bilet (na początku chcieli 28 USD) i który obiecywał, że autobus będzie "ekspresowy". A ma to mieć takie przełożenie, że będzie jechał 15 h zamiast 18 h. Scan biletu (click) 27 kB. Do odjazdu została godzina. Idziemy zobaczyć choć kawałek miasta. Dopadliśmy też big chickena z rożna z sałatką za 5 mln TL i zrobiliśmy drobne zakupy na drogę. O 18 odjeżdżamy. Autobus oczywiście komfortowy, pasażerów ledwie połowa, więc mieliśmy po dwa miejsca. Autobus przejeżdżą góry - widzimy pierwsze od prawie trzech tygodni chmury. Z górskiej przełęczy widać Morze Śródziemne i port Iskenderun. Potem autobus przez kilka kilometrów jedzie wzdłuż wybrzeża. Czasami nawet o parę metrów od piasku na plaży i od morskich fal. Ładny zachód słońca. Jadą z nami dwaj bułgarscy kierowcy ciężarówek, którzy odprowadzili swoje maszyny do Syrii, a teraz wracają do domu. Kompletnie pierdolnięci. Ze swoich siedzeń na samych tyle autobusu, wychylając się ponad naszymi plecami, starali się dopaść szyby przez którą wyglądali TIRów jadących z przeciwnej strony. Faceci machali do nich, krzyczeli, gwizdali, a gdy mijały nas maszyny Willi Betza nawet tupali nogami w podłogę. Cali podnieceni jak dzieci. Trzeba iść spać. A tak poza tym obsługa w autobusie nie najlepsza - boy ledwie parę razy przeszedł i polał wodą, w ogóle zapomniał o perfumach. Była wprawdzie raz czy dwa herbata (click) 16 kB, było nawet ciacho (click) 23 kB, ale ogólnie kiepsko. Autobus też średnio ekspresowy - masa innych nas na trasie wyprzedzała. Tyle, że cena niższa. Na Otogar w Stambule przyjeżdżamy po 17,5 h, czyli 2,5 h później niż obiecywano. Za nami kolejne 1200 km wyprawy. Czwartek, 19 sierpnia 2004 roku. Autobusem nr 91o (zwróćcie uwagę, że to numer "91o" a nie "910") za 1 mln TL płatnych konduktorowi w środku jedziemy nad sam Bosfor do dzielnicy Eminönü. Bilet (click) 16 kB. Stąd tylko 500 m do dworca kolejowego Sirkeci, z którego następnego dnia chcemy pojechać do granicy bułgarskiej. Dlatego szukamy spania blisko dworca zapominając o przyjaznym hotelu "Erciyes". Wybór tanich nor w pobliżu spory. Logujemy się na Hotel Inci Palas - 4 USD od osoby w double roomie. Tutaj scan wizytówki (click) 15 kB. Wieczór spędzamy na spacerku po mieście. Atmosfera końca wakacji - przynajmniej dla nas. Kontratak kurczaka z Antaki na moją skromną osobę spowodował, że piątek 20 sierpnia zamiast w pociągu do Bułgarii spędziłem w sraczu. Nie ma czego wspominać - dzień do wycięcia z życiorysu.

TCDD - Tureckie Koleje Państwowe
Tureckie Koleje "TCDD" wiozły nas ze Stambułu do Kapikule
Sobota, 21 sierpień 2004. Przed 8 rano opuszczamy nasz zapluskwiony - jak się okazało - Inci Palas i idziemy te 300 m na dworzec kolejowy Sirkeci. Cel : granica z Bułgarią w Kapikule. Tylko w kasie numer 9 sprzedawane są bilety na pociągi krajowe do Kapikule przez Edirne (są takie dwa na dobę : o 8.30 i o 15.50). Bilet kosztuje normalnie 8,25 mln TL, ale jest 20 % zniżka studencka na ISIC/Euro26. Jest też ekspres "Bosfor" do Bukaresztu o 22.00, którym można dojechać do Kapikule za 27 mln TL i na który zniżek studenckich nie ma. Zatem kupujemy ulgowe bilety za 6,75 mln TL i idziemy na peron. Bilet na turecki pociąg osobowy ze Stambułu do Kapikule wygląda tak (click) 13 kB. Trzeba uważnie czytać napisy na wagonach, bo można nie dojechać do celu - te jadące do Kapikule są zaraz za lokomotywą. To nasz debiut na tureckich kolejach. Wagony są dosyć osobliwe. Niby to normalne z miejscami siedzącymi, ale w przedziałach są rozkładane łóżka, z których można skorzystać umilając sobie leżeniem sześciogodzinną podróż do celu. Taka w zasadzie kuszetka. O 8.30 pociąg rusza. Widać Bosfor, Azję, statki na morzu, potem Stambuł się kończy i można się położyć. Długo nie było nam dane cieszyć się wygodami. Na kolejnych stacjach dosiadało się coraz więcej ludzi i trzeba było złożyć koje. Tego samego zdania był konduktor. A co do niego, to nie bardzo interesowało go dlaczego mamy bilety ulgowe - przyszedł, popatrzał, skasował i poszedł dalej. Podróż raczej nudna, za długa. Europejska Turcja aż do granicy to absolutnie monotonny krajobraz pól słonecznikowych. Jedziemy torami po których kiedyś pędził Orient Express. Tyle, że teraz tory mają niewiele wspólnego z równoległością - wagon strasznie się kiwa na boki, a pociąg wlecze. Do tego gorąco. Widok rozpieprzonych stacyjek przypomina swojskie klimaty z PKP. O 14.30 na szczęście dojeżdżamy do Kapikule. Jedynym plusem tej stacji jest to, że z niej do drogowego przejścia granicznego jest nie więcej jak 800 m. No i znowu tu jesteśmy. Tym razem jednak nie pada, a za to jest cholernie gorąco. Akurat trwa jakaś akcja promocyjna Western Union i ktoś nam wpycha w ręce reklamówkę pełną ulotek oraz promocyjną butelkę lodowatej wody mineralnej. Cud. Mijamy ten sam meczet i długą kolejkę aut do odprawy. Potem bezceremonialnie dopychamy się od okienka po pieczątki wyjazdowe do paszportu (click) 24 kB. Teraz wypada już tylko opuścić ten kraj. Przed szlabanem sprawdzają czy mamy te stemple i puszczają do Bułgarii. Znowu mundurowy w okienku, znowu wstukiwanie danych do komputera i znowu stempel do paszportu (click) 23 kB. Po odprawie zabieramy się za szukanie stopa na północ. Ala zostaje z walizkami, a ja idę gadać z kierowcami. Długa kolejka aut do odprawy daje szansę na to, że coś się znajdzie. No niestety większość z tych samochodów to albo auta z pierwszego miasta w Bułgarii, czyli ze Svilengradu albo nabite po brzegi maszyny niemieckich Turków (Niemców tureckich ?), którzy wracają z wakacji do swojego Raju Wyśnionego. Tak czy siak nic nie znalazłem. Postanawiamy wyjść ze strefy granicznej (kontrola pieczątek w paszporcie przy szlabanie) i iść na strefę odpraw TIRów, by tam poszukać autostopowego szczęścia. Ciężarówek cała masa, a kierowcy często gotowi byli nas wziąć, ale problem w tym, że prawie wszyscy z nich jechali na zachód do przejścia Kalotina na granicy z Serbią, a nikt na północ do Bułgarii. Gdy już znaleźliśmy jadącą do Ruse maszynę, to facet nie chciał zabrać dwóch osób, bo bał się kłopotów z policją.

BDŻ - Bułgarskie Koleje Państwowe
Stacja Ruse. "BDŻ" - Bułgarskie Koleje Państwowe
No to dupa - przechodzimy na "wariant B" czyli pociąg do Ruse. Obowiązkowa wizyta w kantorze : 1 USD = 1,5 lewa bułgarskiego (BL), a 1 Euro = 1,8 BL. Kilkaset metrów za granicą łapiemy bez problemu chorwackiego TIRa, którym dojeżdżamy 10 km do obwodnicy Svilengradu. Kierowca wracał akurat z Iraku, ale nie wyglądał na specjalnie przejętego sytuacją jaka tam panuje. Z obwodnicy kolejnym stopem robimy 5 km do centrum Svilengradu z zamiarem znalezienia dworca kolejowego. Ładne miasteczko. Atmosfera kurortu : długa promenada z ławeczkami w cieniu drzew i masa wygrzewających się dziadków. W sklepie robimy drobne zakupy (mały kruszący się chleb ze słonecznika za 0,65 BL, krążek serków topionych za 1,65 BL i 2 litry jakiegoś gówna z bąbelkami za 0,80 BL) i startujemy na dworzec. Pytając się o "gar" dowiadujemy się, że ten jest 5 km za miastem i musimy najpierw znaleźć "autogar", bo najlepiej pojechać tam autobusem (kierowcy taksówek na granicy chcieli za przejazd prosto na dworzec kolejowy 10 Euro - to się może przydać, gdyby ktoś dojechał na granicę tym pociągiem o 15.50 ze Stambułu). Tak więc odnajdujemy ten dworzec, a tam na szybie rozkład jazdy autobusów do dworca kolejowego (co godzina, ostatni o 22.40). Ktoś na szczęście nam wytłumaczył, że autobusy w interesującym nas kierunku odjeżdżają z miejsca oddalonego o około 100 m od dworca (z rogu placyku przed nim), bo byśmy czekali na tym dworcu do usranej śmierci. Pudło przyjechało zgodnie z rozkładem. Kierowca wyglądał jakby był w separacji z higieną już ładnych parę lat. Bilet po 0,50 BL (click) 17 kB. Dobrze, że jest ten autobus, bo dworzec kolejowy naprawdę znajduje się dobre 5 km od centrum miasta. Stacja kolejowa w Svilengradzie nie odbiega zbytnio w wyglądzie od innych stacji granicznych - duży i nazbyt okazały budynek, jak na 5 (słownie "pięć") pociągów pasażerskich, które dziennie obsługuje. Wśród nich ekspres "Bosfor" ze Stambułu do Bukaresztu o 5.25 (w przeciwnym kierunku o 1.20). Rozkład jazdy bułgarskich kolei na www.bdz.bg. Baba w kasie mówi, że bilety kupić można dopiero po 5 rano i że kosztują 11,30 BL (zniżek studenckich nie ma). Jest godzina 21.45 chociaż dworcowy zegar uważa, że 26.10. Z braku lepszych pomysłów idziemy szukać miejsca do spania. Najlepszy okazał się ciemny skwerek przed samym dworcem, w którym całkiem wygonie można by było przespać noc, gdyby nie wielkie jak 2 zeta czerwone mrówki. Które z resztą nas pokąsały. Z ulgą przyjęliśmy nadejście 4.45 (niedziela, 22 sierpnia 2004), a o punkt 5 rano już pukaliśmy w okienko kasy biletowej. Nasz dwuosobowy bilet na pociąg do Ruse wygląda tak (click) 23 kB. Ekspres "Bosfor" już stał na peronie, ale do środka nie puszczano, gdyż trwała bułgarska odprawa graniczna. Celnicy wywalali jakieś toboły przez okno, a potem grubą babę, która widocznie była ich właścicielką. Koniec końcem zamiast o 5.25 pociąg odjechał o 6.00. Na szczęście był prawie cały pusty i przypadł nam własny przedział, w którym dospaliśmy do końca tę noc. Od 9 rano już podziwialiśmy przez okno bułgarskie widoki. A trasa via Nowa Zagora, Jambol, Karnobat, Sindel, Kaspičan i Razgrad oferuje całkiem ciekawe. Jedziemy przez pola słonecznikowe, potem kręcimy wywijasy pomiędzy ładnymi górkami obrzeża Starej Planiny i oglądamy wyglądające na wyludnione wioski z rozpieprzonymi stacyjkami. Ciepło. Trochę ta jazda zaczęła mnie nudzić, więc postanowiłem zabić nieco czasu i podjąłem próbę ogolenia się w kiblu. Pech chciał, że w połowie zabrakło wody w zbiorniku i z namydloną mordą musiałem biegać pomiędzy sraczami w różnych wagonach szukając choćby kropelki na spłukanie. Ku uciesze pasażerów i konduktora.

Rumuński banknot 100 000 lei
Rumuński banknot 100 000 lei czyli 3 USD lub 6 hot dogów
O 14.50 wreszcie dojechaliśmy do Ruse. Ta stacja to stare śmieci dla mnie - wyprawa do Iranu w 2001 roku i jeszcze trzy lata wcześniej, gdy wracałem tędy do Polski z Burgas nad Morzem Czarnym. Ale ten czas płynie. Za to przynajmniej wiem co robić. Taksówkarze przed dworcem oczywiście z miejsca atakują, ale nie wolno im wierzyć, gdy będą mówić, że do granicy nie ma żadnego publicznego środka transportu. Ledwie 200 m od dworca jest przystanek autobusu nr 11, którym za 0,40 BL dojeżdżamy pod sam terminal bułgarski na Moście Przyjaźni. Tutaj scan biletu do wglądu (click) 14 kB. Oczywiście wiemy, że Bułgarzy nie puszczają na piechotę przez most, więc postanawiamy popróbować stopa. Pewnie by się i udało, ale znad Rumunii nadciągały ciężkie deszczowe chmury i postanowiliśmy skorzystać z oferty taryfiarzy. Tych tam nie brakuje, a cena za przewiezienie przez most u każdego jednakowa - 5 Euro od osoby. No cóż - trzeba było dać. Na pocieszenie zostaje to, że kolesie mają układy z pogranicznikami i w ogóle nie stoją w kolejce do odprawy. Raz dwa, pasem dla "CD", opuszczamy Bułgarię. Bułgarski stempel wyjazdowy (click) 23 kB. Przejeżdżamy ten most i jesteśmy w Rumunii. Facet wysadza nas przed terminalem granicznym i wraca po kolejnych pasażerów. Odprawa bez problemu, pytali się tylko czy wieziemy amunicję (?!). Stempel (click) 17 kB. Jakimś TIRem dojeżdżamy 3 km do Giurgiu. Oberwanie chmury - wycieraczki nie wyrabiają z czyszczeniem szyby. Facet wysadza nas przy restauracji, a sam zjeżdża na parking. Musimy dostać się do Bukaresztu. Jesteśmy w dupie - w taką pogodę ze stopa nici, nawet dotarcie do dworca autobusowego w centrum miasta raczej niemożliwe. Personel knajpy walczy z wdzierająca się do lokalu wodą, błyskawica pierdolnęła 50 m dalej w stację benzynową. A my sobie siedzimy w środku zadowoleni, że uniknęliśmy deszczu na granicy. Kelner oferuje radio-taxi jako jedyną możliwość dostania się na postój minibusów do Bukaresztu. To wydaje się rozsądnym wyjściem. Po kilku minutach żółta Dacia, z jedynie trzema śrubami na koło - jak każdy wie, wiezie nas do centrum za 100 000 ROL. W deszczu przeskakujemy z taryfy do minibusa i po chwili ruszamy do stolicy (dworzec autobusowy znajduje się przy stacji kolejowej Giurgiu Oras). Cena taka sama jak ostatnio czyli 70 000 ROL - tu bilet (click) 16 kB. Fajna jazda przez zalaną deszczem Rumunię. O 19 jesteśmy już w podtopionym Bukareszcie. Jazdę kończymy oczywiście obok stacji metra Eroii Revolutiei. Tam niemiła niespodzianka - metro zdrożało. Płacimy za podwójny bilet 18 000 ROL i z przesiadką na stacji Piatia Unirii docieramy na Dworzec Gara de Nord (click) 18 kB. Godzina 20. Bez kłopotu kupujemy bilety na akcelerat do Suczawy na godzinę 21.55 (jedyny na dobę) za 323 000 ROL i możemy rozejrzeć się za żarciem. Tutaj scan biletu (click) 35 kB. Jest Wujek Mac - duży Shake chodzi po 39 000 ROL, a na paragonie z kasy wydrukowany jest sekretny kod do sracza, który należy wstukać na klawiaturce przy wejściu - numer "2222". Podaje, bo a nuż ktoś będzie w potrzebie. Potem, z braku innych ofert, a bardziej kasy, kupiliśmy hot-dogi za 15 000 ROL, jakieś ciastka i coś do picia w dworcowym supermarkecie. Za te hot-dogi powinny być wyroki bez zawieszenia. O 21.30 włazimy do podstawionego już pociągu i zgodnie z planem opuszczamy stolicę Rumunii. Wprawdzie miejsca były rezerwowane (choć tyle dobrze), ale i tak ciasno, w dodatku nazbyt gorąco. Na szczęście 450 km do Suczawy pociąg pokonuje całkiem szybko, bo w 6 godzin.

Granica rumuńsko-ukraińska w Siret
Granica rumuńsko-ukraińska w Siret - do domu coraz bliżej
O 4.04, co wyraźnie jest napisane na bilecie, jesteśmy na Dworcu Północnym w Suczawie. Cholernie zimno - bez polarów nie da rady. Gdyby mi ktoś powiedział tydzień wcześniej na Wadi Rum, że tak będzie to bym nie uwierzył. Do tego ciemno - środek nocy. Wstaje poniedziałek, 23 sierpień 2004. Minibusem, który czekał na pasażerów tego pociągu, jedziemy za 10 000 ROL do centrum miasta w poszukiwaniu dworca autobusowego i czegoś co będzie jechać do granicy z Ukrainą. Dworzec znaleźliśmy, ale autobus do Przemyśla przez Czerniowce właśnie odjechał (o 4.00), a drugi i ostatni jest o 22.00. Ceny zgodnie z kartką wisząca za szybą w kasie : Przemyśl 1 000 000 ROL, Czerniowce 200 000 ROL. Na dworcu był też stróż najwyraźniej Polakom niezbyt przychylny. Będziemy jechać stopem. Wybutowaliśmy około kilometra na wylot z miasta i po 5 rano już łapaliśmy. Wciąż ciemno. Na dodatek rozpadało się. Z ulgą przyjmujemy propozycję faceta, który podjechał i za 1,5 USD od osoby zgodził się nas podwieźć do Siretu, czyli prawie nad samą granicę. No cóż, czasami trzeba płacić za stopa. Byle nie za często. Pół godziny jazdy. Siret. Za dużo tam nie pozwiedzaliśmy. Plecaki na ramię, lecz wcześniej krótka kłótnia z kierowcą, który w momencie płacenia podbił cenę o 100 %. Pytam się siostry czy walić w mordę, czy może ten przypadek do tego jeszcze nie dojrzał ? Mówi, że jest zmęczona. No to idziemy na granicę. Trzeba przejść 3-4 km. Ładne widoki na łagodne górki i pięknie zachmurzone niebo - wstaje dzień nad Bukowiną. Szkoda, że cholernie zimno. Granicy oczywiście piechotą przejść nie można. Problem w tym, że nie ma żadnego auta. Dupa, siedzimy. Podjeżdżają dwie mołdawskie ciężarówki. Kierowcy zgodzili się nas zabrać do Czerniowców. Ja w jednej, siostra w drugiej. Jak wiadomo na granicach z odprawą TIRów nikt się nie spieszy. Mija jedna godzina, potem druga. Siedzimy w kabinach, po szybach spływają krople deszczu. Nuuuda. Wreszcie pod szlaban podjeżdża jakaś osobówka. Udało się wybłagać babę żeby nas zabrała. W tym aucie przejechaliśmy szybko. Rumuńskiej pieczątki wyjazdowej znowu nie ma, tu zaś jest ukraiński stempel wjazdowy wraz ze stemplem tranzytowym (click) 30 kB. Sprawnie dojeżdżamy do Czerniowców pod dworzec autobusowy. Już myślałem, że wszystko fajnie się skończy, gdy tu baba zażądała kasy. Utargowałem 9 USD za dwie osoby. Cholera. Dziwne, ale jakoś nie miałem siły wtedy oponować - w innym przypadku bym ją olał. No nic, następnym razem będzie lepiej. Czerniowce, godzina 10. Najbliższy autobus do Lwowa o 13.05. Baba w kasie próbuje nas orżnąć na forsie podając, że cena dwóch biletów to 48 UAH, podczas gdy wyraźnie widać na wydruku, że jeden jest po 22,46 UAH. Znowu kłótnia. Bilet wygląda tak (click) 9 kB. W barze kupujemy rosół z pierogami za 3,50 UAH i browarek za 3 UAH. Jakoś doczekaliśmy autobusu. Nie ma się z czego cieszyć. Stary Ikarus z wielką ilością frędzli w środku przypomina klimaty z Syrii. Tyle, że tutaj miejsca na nogi nie ma, a średnia prędkość jazdy wypada w granicach 40 km/h. Bite 8 h jedziemy 300 km do Lwowa. Gdy wychodziłem z tego gówna o 21.10 na lwowskim dworcu autobusowym byłem na pewno najszczęśliwszym człowiekiem w tym mieście. A tu trzeba jechać dalej. O 21.50 z tego samego dworca odjeżdża ostatni autobus do Przemyśla. Bilet kosztuje 29 UAH (click) 16 kB. Normalnie pojechalibyśmy minibusem 297 spod dworca kolejowego do Szegini za 7,50 UAH, a potem polskim busikiem za 2 zeta do Przemyśla, ale o tej godzinie to nie rabotajet.

Stacja Przemyśl. Pociąg osobowy do Katowic już czeka
Stacja Przemyśl. Pociąg osobowy do Katowic - koniec wyprawy
Jazda do granicy bez historii - nieco ponad godzinę. Tam krótka odprawa ukraińska i długa po polskiej stronie. Granicę akurat przekraczaliśmy o północy, tak że stemple ukraiński i polski mają różne daty - tu (click) 30 kB i tu (click) 20 kB. No to jesteśmy w RP po 29 dniach. Autobus kończy jazdę na dworcu PKS w Przemyślu. Zegarki cofamy o godzinę. Jest 0.50 czasu Bulanda. To już wtorek, 24 sierpnia 2004 roku - ostatni dzień wyprawy. Okazuje się, że najbliższy pociąg w kierunku Katowic odjeżdża dopiero o 4.35, a poczekalnia zamknięta w godzinach 22.00 - 4.00 z uwagi na "przerwę technologiczną" - o czym uprzejmie informuje tabliczka. Jest cholernie zimno. Złazimy jak szczury do przejścia podziemnego, gdzie warunki są bardziej znośne i bezceremonialnie rozkładamy karimaty. Godzinka, czy dwie snu nie zaszkodzi. Zresztą nie jesteśmy tam sami. Towarzyszy nam minimum 20 ukraińskich handlarek, które również zdecydowały się w przejściu podziemnym spędzić noc. Potwierdza to trafność naszego wyboru. Ale my mamy karimaty i śpiwory, a one nie. To był jedyny raz w czasie tej wyprawy, kiedy wyjąłem śpiwór. Kupujemy bilety na osobowy do Katowic za 26,50 PLZ (click) 22 kB i o 4.35 ruszamy do Tarnowa, tam 8 minut na przesiadkę i o 10.57 docieramy do domu. Jazdy nie pamiętam, spałem. Jeszcze tramwajem na osiedle i już widać mój blok. Identycznie jak rok wcześniej : otwieram drzwi, zdejmuję plecak i siadam na własnym (normalnym) wreszcie kiblu. Tak się skończyła wyprawa do Syrii, Libanu i Jordanii w sezonie 2004.



Foto (foto217) (foto218) (foto219) (foto220) (foto221) (foto222) (foto223) (foto224) (foto225) (foto226) (foto227) (foto228)



           Cezary Golik     24 XII 2004



Strona główna | Relacja z wyprawy (1,2 MB) | Monety i banknoty | Księga gości | E-mail